​Taka sobie powiastka

Był raz sobie gospodarz, który w trudzie i znoju, wraz z całą rodziną, uprawiał swoje pole.

Choć pracowali stale i równie ciężko, nie zawsze plony były równie obfite i zadowalające. Bez względu na to gospodarz - jak nakazywał zwyczaj i zdrowy rozsądek - dzielił zbiory na dwie części, z których jedna była zawsze taka sama. Przeznaczano ją na przyszłoroczny siew. Druga, różnej co roku wielkości, służyła przemieleniu na mąkę i upieczeniu z niej chleba, który żywił rodzinę. Nie zawsze go wystarczało, aby wszyscy mogli się najeść do syta i niekiedy na przednówku niektórzy czuli się głodni. Spoglądali wówczas tęsknie i zachłannie na tę część zapasów, którą gospodarz odkładał na zasiew i której stanowczo zabraniał tknąć. Część z nich z tego powodu była niezadowolona, zdarzali się i tacy, którzy pod nosem urągali mu, nazywając sknerą i kutwą, a bywało, że i gorzej. 

Reklama

Jeden z domowników był szczególnie zuchwały i bezczelny, a przy tym wygadany. Zaczął otwarcie i coraz głośniej pomstować na gospodarza, zachęcając pozostałych do wypowiedzenia mu posłuszeństwa i przejęcia spiżarni, aby wreszcie najeść się do syta. - Przecież zasłużyliście sobie na to ciężką pracą i nie powinniście stale wysłuchiwać, że nie można przejeść wszystkiego, co dzięki waszej harówce zebraliśmy. Należy wam się - przekonywał. A im bardziej dosadnych i stanowczych argumentów używał, tym chętniej go słuchali i w końcu uwierzyli, że trzeba wreszcie skorzystać z plonów własnej pracy. Protesty gospodarza nie powstrzymały ich i kierowani przez najbezczelniejszego z nich przejęli kontrolę nad zapasami, przemielili, napiekli chleba i sycili się nim do woli.

Wkrótce zapasów zabrakło, bo rozochoceni konsumpcją nie zamierzali jej ograniczać. Aby móc się dalej najadać do woli, zaczęli pożyczać ziarno od sąsiadów, obiecując im zwrot z przyszłych plonów. Ale tych nie było, bo przecież zapasy przeznaczone na zasiew przejedli.

Aby spłacić długi zaciągnięte u sąsiadów musieli pójść do nich do pracy, a więc na odrobek. Zostali zatem parobkami u obcych, pracując jeszcze ciężej niż na swoim za kromkę chleba, bo przecież resztę efektów ich trudu wierzyciele zabierali na spłatę długów.

Jak z tego widać, ekonomia nie jest taka trudna i każdy może zrozumieć jej prawa. O ile nie namąci mu w głowie jakiś demagog.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje