To już było

Wielu apologetów obecnej ekipy rządzącej usiłuje przekonać, że jednym z przejawów "dobrej zmiany" jest stworzenie możliwości otwartego deklarowania i jawnego manifestowania swojego patriotyzmu, wcześniej ponoć niechętnie widzianego.

 Tym, którzy o tym przekonują lub dali się co do tego przekonać, warto przypomnieć, że instalowanie komunizmu w Polsce rozpoczęło się od zmontowania Związku PATRIOTÓW Polskich, a ostatnim aktem mającym ówże komunizm ratować przed upadkiem było powołanie PATRIOTYCZNEGO Ruchu Odrodzenia Narodowego.

Jak widać, w tym ostatnim przypadku patriotyczne deklaracje łączono nawet z narodową frazeologią, zupełnie jak w obecnym obozie narodowym i wśród patriotycznie wzmożonej młodzieży. A pomiędzy tymi dwoma krańcowymi epizodami komunistycznej władzy w Polsce oficjalna propaganda aż ociekała patriotycznymi frazesami, głoszonymi przy użyciu wszystkich ówczesnych kanałów ideologicznej indoktrynacji.

Reklama

Moja córka, która w PRL spędziła jedynie pierwszych 10 lat swojego życia, w dziecięcej skłonności do przekręcania i przedrzeźniania różnych usłyszanych słów ukuła wówczas określenie "partyjoci", niezwykle trafnie oddające sens epatowania patriotyzmem przez funkcjonariuszy partyjnych, czyli PZPR.

Patriotą był wówczas ten, kto popierał rządzącą partię, a zwłaszcza należał do niej lub do jej satelickich organizacji. Czy nie o taki też sens chodzi obecnym szermierzom patriotyzmu, zwłaszcza kwalifikującym wszystkich pozostałych Polaków do "drugiego sortu"?

Biało-czerwone sztandary, narodowe godła (choć bez korony), skrzydła husarii i grunwaldzkie miecze, hymn narodowy i patriotyczne pieśni intensywnie wypełniały publiczną przestrzeń PRL, nie tylko w dni świąteczne (zgodne z kalendarzem komunistycznej polityki historycznej), ale także na co dzień. Tym, którzy tego nie zaznali lub nie pamiętają,  polecić można stare kroniki filmowe i nagrania z owej epoki, odtwarzane - jako jej świadectwa - także w obecnej TVP Historia.

Dobrą ilustracją intensywnej i nachalnej obecności frazeologii patriotyczno-narodowej w PRL są też przemówienia ówczesnych dygnitarzy. Trwała wtedy wręcz licytacja na żarliwość deklarowanego patriotyzmu i patos narodowej tromtadracji, zainicjowana przez niejakiego pułkownika Zbigniewa Załuskiego, a kulminująca w 1968 roku pod egidą generała Mieczysława Moczara. Oficerskie stopnie nie były tu przypadkiem, podobnie jak w składzie junty generała Jaruzelskiego - czyli Wojskowej Radzie Ocalenia NARODOWEGO - ostatniej, militarnej fazie obrony komunizmu.

Patriotyczna propaganda w PRL była silnie spleciona nie tylko z frazeologią narodową, ale także powstańczo-partyzancką (Moczar był uważany za przywódcę "partyzantów" - jednej z frakcji w obozie komunistycznej władzy, odwołującej się do dziedzictwa komunistycznego podziemia antyhitlerowskiego). Owi komunistyczni "partyzanci" pełnili wówczas tę rolę, jaką obecnie nadaje się "żołnierzom wyklętym" (czyli bojownikom powojennego podziemia antykomunistycznego).

Tamta władza, podobnie jak obecna, także usiłowała się legitymizować przez powoływanie się na walkę i śmierć wyznawców ideologii, której reprezentowanie sobie przypisuje. Zgodnie z zasadą, że sprawę czy ideę, jaką się forsuje, najlepiej uświęcają polegli dla niej.

Biorąc pod uwagę naszkicowane powyżej analogie i paralele warto pamiętać przestrogę sformułowaną przez Samuela Johnsona: "Patriotyzm bywa ostatnim schronieniem łajdaków".

Janusz A. Majcherek

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje