​Zguba i chwała

W wyniku krwawej i niszczycielskiej wojny światowej, która unicestwiła wszystkie trzy cesarskie mocarstwa europejskiego kontynentu, historyczną szansę na swobodne układanie własnego zbiorowego losu otrzymali nie tylko Polacy, ale także mieszkańcy Gdańska, w przeważającej większości niebędący Polakami.

Utworzenie odrębnego Wolnego Miasta dawało im możliwość podtrzymywania i rozwijania swojej niemieckojęzycznej kultury, a jednocześnie otwierało perspektywę przejęcia zyskownej obsługi całego handlu zamorskiego odrodzonej Polski. Była to zatem szansa powrotu do dawnej morskiej potęgi i płynącego stąd dobrobytu, bez konieczności politycznego podporządkowywania się państwu polskiemu i polskiej kulturze. Bogactwo materialne i swoboda kulturowego rozwoju - czyż to nie kusząca oferta?

Reklama

Niemieccy gdańszczanie przez cały okres istnienia Wolnego Miasta konsekwentnie tę ofertę jednak odrzucali i perspektywę negowali, dążąc uparcie do powrotu w granice Niemiec, w obrębie których ich miasto było zaledwie jednym z peryferyjnych ośrodków, gdy mogło się stać największym portem dla Polski (nie wchodząc w obręb jej granic). Dla zrealizowania swoich marzeń gotowi byli narazić świat na wybuch kolejnej wojny, która rzeczywiście wybuchła w ich mieście 1 września 1939 roku. Swój wymarzony cel osiągnęli wraz z wkroczeniem entuzjastycznie przez nich witanych oddziałów Wehrmachtu i dekretem o włączeniu Gdańska do Rzeszy wydanym przez Führera, którego przez lata entuzjastycznie popierali, głosując ochoczo na NSDAP.

Ale to oczywiście nie jest finał tej historii. Po sześciu latach wojny wywołanej w ich mieście, i w dużym stopniu z jego powodu, zatem po części z ich winy, zostało ono niemal w całości zniszczone, a ci z nich, którzy zdołali przeżyć, wypędzeni z niego na zawsze, tracąc je bezpowrotnie.

Morałów z tego kilka. Pierwszy jest taki, że ludzie nie zawsze kierują się swoimi trafnie rozpoznanymi interesami i niekiedy odrzucają najkorzystniejszą dla siebie opcję, motywowani mitami, symbolami, sentymentami i ideologicznymi mrzonkami, nawet jeśli grozi to katastrofalnymi skutkami. Po drugie, że nacjonalizm zaślepia w stopniu odbierającym zdolność racjonalnego kalkulowania i właściwego rozeznania swojego interesu. A po trzecie, że prowadzi wcześniej czy później do klęski swoich wyznawców, tak jak niemieckich nacjonalistów, mających w latach 30. XX wieku wielu naśladowców w całej Europie, w tym w Polsce.

Być nacjonalistą przynależąc do narodu mieszkającego pomiędzy dwoma najliczniejszymi i najpotężniejszymi narodami Europy, w tym jednym o wiele bogatszym, a drugim o wiele lepiej uzbrojonym, to tak jak zostać rasistą będąc Cyganem, zwolennikiem teokracji przynależąc do drugorzędnej sekty wyznaniowej albo popierać korwinizm będąc niepełnosprawnym lub kobietą. Dobrze się to skończyć nie może.

Nacjonalizm z definicji prowadzi do konfrontacji z innymi narodami, z której nie można wyjść zwycięsko, jeśli są one liczniejsze, silniejsze i mające większe zasoby. A z takimi sąsiadują Polacy na wschodzie i zachodzie. Nacjonaliści polscy mogą prężyć muskuły, organizować triumfalne przemarsze ulicami miast, palić cudze flagi, wywieszać transparenty obrażające inne nacje, a czasami pobić jakiegoś cudzoziemca w którymś z zaułków, wykrzykując nacjonalistyczne hasła. Ale gdyby propagowana przez nich ideologia rzeczywiście zwyciężyła powszechnie, jak tego zapewne pragną, wówczas musieliby się skonfrontować z nacjonalistami o wiele silniejszymi i lepiej wyposażonymi, mającymi o wiele rozleglejsze zaplecze. To zatem przepis na narodową klęskę.

Bo nacjonalizm to doktryna narodowej zguby mamiąca obietnicą narodowej chwały.

Janusz A. Majcherek

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy