Zmierzch kolejnego złudzenia

Kilka lat temu niektóre środowiska społeczne, polityczne oraz medialne – zwłaszcza o proweniencji lewicowej – entuzjastycznie witały trend zwany z anglosaska "sharing economy", co na polski tłumaczy się trochę niezręcznie jako "ekonomia współdzielenia". Niektórzy twierdzili wręcz, że odmieni on funkcjonowanie gospodarki, eliminując to, co wydawało im się złe w kapitalizmie – począwszy od korporacjonizacji, przez komercjalizację, konsumpcjonizm, aż do nadprodukcji oraz związanego z nią marnotrawstwa dóbr i zasobów. Zamiast korporacyjnych oferentów różnych i często niekoniecznie nam potrzebnych towarów i usług, z których wiele się marnuje, mieliśmy korzystać z tego, co nam potrzebne, a innym zbywa oraz vice versa.

Klasyczny przykład to airbnb ("air bed and breakfast"), czyli udostępnianie chętnym wolnej powierzchni w mieszkaniu na jedno- czy kilkudniowy pobyt. Inny przykład: podwożenie własnym samochodem pasażerów jadących w tym samym kierunku - zarówno po mieście, jak i po świecie.

Owszem, wprowadzenie tych form wymiany usług zaczęło istotnie zmieniać stosunki gospodarcze i społeczne, ale w kierunku, który rozwścieczył dotychczasowych uczestników rynku, a także rozczarował niegdysiejszych propagatorów nowej idei. Nasilające się protesty taksówkarzy przeciw aplikacjom służącym do łączenia pasażerów z posiadaczami samochodów, które skumulowały w poniedziałek, są tego wymowną ilustracją.

Reklama

Rzecz nie tylko w wypieraniu tradycyjnych usług taksówkarskich czy przewozowych przez doraźnych i dorywczych kierowców. Firmę dostarczającą stosowną aplikację można z powodzeniem nazwać korporacją, a wykonawcy świadczonych za jej pośrednictwem usług nie muszą spełniać wymogów, jakimi obciążeni są taksówkarze. Podobnie jak w przypadku innych usług transportowych świadczonych przez przypadkowych przewoźników, a także doraźnego wynajmu mieszkań.

W tym ostatnim przypadku też zaczęła się komercjalizacja (podobno jakiś berlińczyk miał kilkadziesiąt mieszkań wynajmowanych w tym systemie), która na dodatek prowadzi do degradacji pewnych obszarów w atrakcyjnych miastach (w niektórych budynkach usytuowanych w prestiżowych miejscach okazjonalne udostępnianie mieszkań przekształciło się w komercyjny wynajem na godziny, ze wszystkimi tego uciążliwymi konsekwencjami dla stałych mieszkańców i lokatorów - już pojawiły się zakazy prowadzenia tego rodzaju działalności w niektórych miastach europejskich).

I jeszcze coś istotnego, przynajmniej dla lewicowych komentatorów i obserwatorów: ekonomia współdzielenia (o ile ta nazwa jest jeszcze adekwatna) rozwija się przeważnie w szarej strefie, czyli omijając poborców podatkowych, dzięki czemu tym skuteczniej rywalizuje z tradycyjnymi usługodawcami (taksówkarzami, hotelarzami, przewoźnikami itd.), nie zasilając przy tym funduszy publicznych.

Jaki stąd wniosek? Chyba jednak nie ma realnej alternatywy dla elementarnych praw ekonomii, opartych na prowadzącej do równowagi grze podaży i popytu, ale także komercyjnych i profesjonalnych formach jej prowadzenia. Iluzjami są marzenia o wyeliminowaniu rynku, pieniędzy, zysku, pośredników czy poborców podatkowych, czyli powrót do gospodarki naturalnej, barterowej, wymiennej.

Możemy, a nawet powinniśmy, dzielić się z innymi, ale nie na tym polega i polegać może realna gospodarka. Ta zawsze będzie oparta na zysku i dążeniu do niego.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje