Znowu nadchodzi marzec

Wkrótce 50. rocznica marca 1968 roku, silnie naznaczonego antysemicką nagonką, wywołaną przez ówczesne władze dla przypodobania się nacjonalistycznie i ksenofobicznie nastawionemu społeczeństwu polskiemu. Zaczęło się - a jakże - od wzmianek na temat obozów koncentracyjnych.

Chodziło o to, aby w poświęconym im haśle w redagowanej podówczas encyklopedii przemilczeć wyjątkowość zagłady Żydów, pomniejszyć skalę żydowskich ofiar, a wyeksponować polskie. To się podobało wielu ówczesnym grupom społecznym i środowiskom, tak jak podoba się nadal obecnie, więc dzisiejsza władza też chce im się przypodobać, jak ówczesna. Nacjonalizm był wtedy i pozostaje do dziś cennym i poręcznym instrumentem propagandy i agitacji politycznej w Polsce. Nie ma pewności czy Gomułka użył go w pełni świadomie i samodzielnie nim operował, czy rozwój sytuacji i agresywna fala rozpętanego antysemityzmu wymknęła się spod jego kontroli. Niewątpliwie był natomiast pod presją nacjonalistycznie zorientowanej frakcji i jej zaplecza w swojej, czyli komunistycznej partii.

Reklama

O Jarosławie Kaczyńskim wiadomo było dotychczas jako wolnym od antysemityzmu, ale co do jego niektórych partyjnych komilitonów, a zwłaszcza bazy społecznej jego partii, trudno byłoby taką tezę zaryzykować. Spalenie na wrocławskim rynku kukły mającej przypominać Żyda można było uznać za epizod, antysemickie napisy na murach polskich miast za ślad kibolskich animozji, ONR-owskie występy za wygłupy gówniarzerii. Ale kilkudziesięciotysięczny marsz pod rasistowskimi znakami i przy skandowaniu antysemickich haseł, dostrzeżono w szerokim świecie. Gdyby ktoś myślał, że to nie ma nic wspólnego z polską przeszłością, eurodeputowany Ryszard Czarnecki przypomniał o istnieniu w czasie wojny polskich szmalcowników (jako rzekomych protoplastów czy pobratymców Róży Thun). 

Nawet ci, którzy nie znali tego słowa i nie potrafią go w swoim języku wymówić, dowiedzieli się o tym, że niektórzy Polacy współpracowali z Niemcami w tropieniu, wydawaniu, a czasem samodzielnym mordowaniu ukrywających się Żydów. Wątpiący w to, czy w okupowanej i maltretowanej Polsce mogli być sprzymierzeńcy Hitlera i nazizmu, przekonali się niebawem, że nawet dziś w polskich lasach odbywają się ceremonie upamiętniające Hitlera z użyciem nazistowskiej symboliki. W tym kontekście łatwo uznać, że ustawa zakazująca przypisywania narodowi polskiemu współudziału w zbrodniach ludobójstwa i równie odrażających zbrodniczych czynach jest próbą zakrywania tego, co samo się ostentacyjnie ujawnia lub jest ujawniane przez badaczy, reporterów, publicystów.

W grupach i środowiskach subkulturowych funkcjonują osobne, odrębne kryteria ważności i hierarchii. Celebruje się i otacza szacunkiem zmyślnych przywódców, sprytnych liderów, bohaterskich kolegów, odważnych wspólników, niezłomnych współtowarzyszy. Ludzie przyglądający się z zewnątrz widzą zaś tych, którymi oni naprawdę są - bandytów, zbirów, chuliganów, łajdaków, degeneratów. 

Ci, którzy uważani są przez swoich za patriotów, zewnętrznym obserwatorom jawią się jako prymitywni kibole i nacjonaliści. Po osiedlach polskich miast grasują takie kibolskie bandy, domagające się wsparcia lub deklaracji przynależności ("komu kibicujesz?!") pod groźbą pobicia. Teraz ich patroni żądają wsparcia i solidarności w obliczu izolacji przez zewnętrzne, międzynarodowe otoczenie, które rozpoznało kim są i komu patronują. Niedoczekanie. 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje