Zwątpienie

Wetując dwie forsowane agresywnie przez PiS ustawy dotyczące sądownictwa prezydent Duda skomplikował życie i naraził na szwank reputację dwóm kategoriom popleczników i propagandystów rządzącego obozu: tym najbardziej gorliwym i zapiekłym, którzy te ustawy zachwalali, a wszelkim ich krytykom urągali obelżywymi słowy, oraz tym wątpiącym i niepewnym, którzy mieli zastrzeżenia, ale jednak oba projekty ustaw poparli.

Ci pierwsi, dla podtrzymania swojego zapału i niewzruszonej pewności siebie, musieliby teraz swój gniew i agresję, wzniecane wobec protestujących, skierować przeciw Andrzejowi Dudzie, który też zaprotestował przeciw treści i formie legislacyjnego procedowania przez rządzącą większość. Wprawdzie reputacji takich aktywistów i funkcjonariuszy PiS jak posłanka Pawłowicz, poseł Piotrowicz czy minister Błaszczak nic już zaszkodzić nie może, ale tych kilkoro bardziej stonowanych i powściągliwych, jak marszałek Karczewski czy minister Morawiecki, może się czuć nieswojo. Poniekąd każdy obrońca skandalicznych ustaw i metod ich procedowania został przez dyskwalifikującego je prezydenta wystrychnięty na dudka. Ale dotyczy to zwłaszcza tych, którzy z wszelkich uchybień i nadużyć zdawali sobie sprawę, lecz w imię politycznej kalkulacji zagłosowali za.

Reklama

Emblematycznym ich przykładem i symbolem stał się Jarosław Gowin, który popełnił być może jeden z największych błędów w swojej politycznej działalności. Odmawiając kilka dni temu poparcia skandalicznym projektom, choćby przez wstrzymanie się od głosu, po obecnym prezydenckim wecie mógłby uchodzić za bohatera, samodzielnego polityka o własnym zdaniu i wypracowanym stanowisku, któremu prezydent przyznał rację. Młody poseł Rzepecki był pod tym względem bardziej przewidujący, a może zwyczajnie uczciwszy. Gowin zna doskonale przypadek posła Stommy, który w Sejmie PRL wstrzymał się od głosu przy uchwalaniu skandalicznych poprawek do konstytucji i przeszedł tym gestem do historii. Wolał jednak wyjść na oportunistę i doznał upokorzenia. Dziś mógłby triumfować jako mający rację, a przede wszystkim własne zdanie podzielane przez prezydenta, tymczasem znalazł się po stronie przegranych.

A wraz z nim mnóstwo koniunkturalistów i oportunistów, wychwalających antykonstytucyjne poczynania rządzącej ekipy lub dających im przyzwolenie w imię jakichś politycznych czy ideologicznych kalkulacji. Wśród nich publicyści i komentatorzy propisowskiej propagandy, lżący najgorszymi słowy wszystkich krytyków i przeciwników jawnego gwałtu dokonywanego na systemie sądownictwa. Muszą albo dołączyć prezydenta do listy atakowanych przez siebie wrogów, albo powściągnąć te ataki.

To zresztą wskazówka i przestroga na przyszłość: bezkrytyczne popieranie i bezrefleksyjne wychwalanie wszelkich poczynań "dobrej zmiany" oraz zawzięte zwalczanie wszystkich ich krytyków grozi kompromitacją, gdy prezes zmieni zdanie, prezydent zawetuje, lub rządząca ekipa wycofa się pod wpływem presji tychże krytyków. Ale to może być także dla tej ekipy niebezpieczne, bo następnym razem wątpiący czy nieprzekonani jej uczestnicy gotowi będą śmielej się przeciwstawić jej kontrowersyjnym inicjatywom, licząc na znalezienie się po właściwej stronie, której decyzja kluczowych osób lub instytucji czy bieg spraw przyzna rację. To zaś oznaczałoby rozprzężenie tego zwartego dotychczas obozu, a więc jego osłabienie. Jeśli nawet (zapewne) prezydent tego nie chciał, do tego pośrednio doprowadził.  

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje