Broń mnie, Boże, przed moimi przyjaciółmi

Ks. Michał Czajkowski odebrał kilka dni temu w Krakowie Nagrodę im. ks. Stanisława Musiała za rok 2017. Nagroda ta, ustanowiona przez Klub Chrześcijan i Żydów „Przymierze”, jest przyznawana za wybitne zasługi w krzewieniu dialogu chrześcijańsko-judaistycznego i polsko-żydowskiego. Ważna nagroda, ważny patron i ważny laureat, którego wszelako uhonorowanie wzbudziło kontrowersje.

Byli tacy krytycy decyzji kapituły nagrody, którzy wytykali ks. Czajkowskiemu jego filosemickie poglądy, stronniczość w ocenach historycznych, niesprawiedliwe traktowanie Polski i Polaków. Nie chcę w to wchodzić, chociaż tyle muszę powiedzieć, że bodaj każdy, kto działa na niwie polsko-żydowskiego dialogu, musi się wystawić na taką krytykę. Dlatego, gdy z tych pozycji krytykuje się tegorocznego laureata Nagrody im. ks. Stanisława Musiała, wzruszam ramionami. Mówię sobie w duchu: stara śpiewka, jeszcze się nie zdarzył ktoś, kto chce porozumienia polsko-żydowskiego, kto by się podobał tej części polskiej opinii publicznej.

Reklama

Decyzja kapituły była też krytykowana z innej pozycji, a mianowicie z tej, że ks. Czajkowski był w przeszłości tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Z tą krytyką też się nie zgadzam, ale chętnie rozwinę swój pogląd, ponieważ nie zgadzam się również z niektórymi krytykami tej krytyki.

W ocenie tej sprawy rzeczą fundamentalną jest odpowiedź na pytanie, co ta nagroda honoruje. Czy ona honoruje całą postawę laureata w życiu publicznym, czy też stosunek do spraw polsko-żydowskich. Gdyby honorowała to pierwsze, to z kandydaturą ks. Czajkowskiego byłby problem. Ale ponieważ odnosi się do spraw polsko-żydowskich, to dla mnie problemu nie ma. Ks. Michał Czajkowski, archeolog i biblista, zrobił wiele, żeby przekroczyć sprawy, które polskich chrześcijan poróżniły z polskimi żydami, a Polaków poróżniły z Żydami. Pokazał, że jedni i drudzy mają wspólne korzenie religijne. Pokazał też, że to co ich ze sobą różni (co nas ze sobą różni) nie musi wywoływać poczucia obcości, a tym bardziej wrogości. Gdy myślę o działalności Księdza Michała na tym polu, przychodzi mi do głowy postać Jean-Marie Lustigera, który urodził się i wychował jako francuski Żyd, a potem stał się katolickim księdzem, w końcu arcybiskupem Paryża i kardynałem. Jean-Marie Lustiger był żywym przykładem (i był nadzwyczaj tego świadomy) tej głębokiej - religijnej - wspólnoty chrześcijan i żydów: młodszych braci ze starszymi braćmi w wierze. Dlatego gratulacje dla laureata i gratulacje dla kapituły nagrody.

Gdy jednak czytam niektóre komentarzy obrońców ks. Michała, to myślę, że na jego miejscu obawiałbym się takich przyjaciół. Mam na myśli te komentarze, które postrzegają jego dawną tajną współpracę jako żaden problem. Nie mówię, żaden problem dla decyzji kapituły, bo i ja tak myślę, ale żaden problem w ogóle. To są głosy w rodzaju: precz z lustracją!, precz z teczkami!, precz z IPN-em! Otóż tu muszę powiedzieć, że jeśli postawa ks. Michała Czajkowskiego po ujawnieniu w 2006 r. faktu jego współpracy zawierała w sobie jakąś wartość, to dlatego, że potrafił on przyjąć ten ciężar i publicznie dać temu wyraz. Zapewne nie było to łatwe, być może ks. Michał musiał zmagać się z pokusą, by sprawę wypierać, pomniejszać, relatywizować. Jeśli tę diabelską pokusę przezwyciężył, to chwała mu. Ale też ci, którzy dziś pchają go znowu w tę stronę, pełnią rolę diabelskich podszeptów. Ks. Michałowi chciałbym zadedykować tę starą sentencję: Broń mnie, Panie Boże, przed przyjaciółmi, z wrogami sam sobie jakoś poradzę.  

Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje