Dokąd zmierza PiS? Wzniosłe marzenie w pospolitej formie

Polityka rządzącej partii coraz częściej wzbudza irytację tych, którzy 25 października umożliwili Prawu i Sprawiedliwości objęcie władzy. W tym sensie partia Jarosława Kaczyńskiego igra z ogniem.

Bo przecież PiS nie wygrało dzięki swojemu żelaznemu elektoratowi, tylko dzięki elektoratowi umiarkowanemu, który z różnych względów postanowił poprzeć ofertę "dobrej zmiany". A postanowił tak zasadniczo dlatego, że oferta była łagodna, sympatyczna, nieagresywna. Dlatego, że zapowiadała naprawę tego, co zepsuła Platforma z PSL-em, nie zaś budowę nowego systemu władzy.

Reklama

Ci ludzie mówią dziś np. tak: chcieliśmy naprawienia mediów publicznych, ale nie chcemy telewizji publicznej kierowanej przez Jacka Kurskiego, bo to nie będzie naprawa, tylko jeszcze większe jej upartyjnienie. Podobnie z Trybunałem Konstytucyjnym, podobnie ze Służbą Cywilną. Albo tak: chcieliśmy bardziej podmiotowej polskiej polityki zagranicznej, ale nie widzimy perspektywy większej podmiotowości, gdy Polska zamknie się w gronie państw b. Europy Wschodniej, które  (jak Węgry) same mają problemy z trzymaniem się demokratycznych zasad, a w europejskiej polityce znaczą niewiele, mało tego niekiedy (znowu jak Węgry)  niebezpiecznie flirtują z putinowską Rosją.

No dobrze, ale można zadać pytanie, czy mimo wszystko jest jakieś twarde jądro w PiS-owskich analizach jakości polskiej demokracji. Moim zdaniem - jest.

PiS ma rację, gdy twierdzi, że na wielu płaszczyznach nasza państwowość jedynie formalnie trzyma się zasad pluralistycznej, transparentnej, ograniczonej demokracji, podczas gdy w rzeczywistości za fasadą tych zasad państwo jest rozszarpywane przez partyjne czy korporacyjne koterie - jak sienkiewczowski postaw sukna. PiS ma rację, gdy pewne przyczyny tego stanu rzeczy lokuje w rodzaju zmiany politycznej, jaka się u nas dokonała w 1989 i 1990 roku. Ma w końcu rację, gdy powiada, że w późniejszych swoich wyborach politycznych i cywilizacyjnych Polska nadmiernie szła drogą modernizacji imitacyjnej, a za mało stawiała na własne siły i na własną dumę.

Nie jest to - naturalnie - całość PiS-owskiego dyskursu, ale gdyby on się do tego ograniczał, mógłbym o sobie powiedzieć, że jestem jego sprzymierzeńcem. Nigdy tak o sobie nie powiedziałem, a teraz już się to raczej nie stanie, ale zgódźmy się, że taka PiS-owska wizja, czyli odpowiednio skrojona, zredukowana, jakoś odpowiadała na potrzeby politycznego centrum, dzięki któremu Jarosław Kaczyński wygrał wybory.

Wygrał wybory dzięki takiej "lightowej "diagnozie, ale leczy Polskę według diagnozy całkiem hardcorowej - jak do niedawna mawiała młodzież (a jak ona teraz mawia? - nie nadążam). Ten "hardcore" to ustanowienie państwa otwarcie partyjnego. Kaczyński uzasadnia to słusznością. To nieważne - powiada - że państwo będzie partyjne, a więc z założenia stronnicze, ważne, że będzie popierać dobro, a tępić zło. Tak rozumują wszyscy dyktatorzy, a marszałek Piłsudski w 1926 roku był takiego myślenia modelowym przykładem.

Cały problem z PiS-owską metodą rządzenia da się opisać jako lekceważenie formy. Jarosław Kaczyński rzeczywiście marzy o Polsce wielkiej: sprawiedliwej, podmiotowej, wiernej swojej tradycji. Ale marząc o niej idzie na skróty, lekceważąc - jak wszyscy nie-liberałowie - procedury. Widzi w nich jakąś bezduszną formę, zbędny ornament, nie zauważając, że ona wymusza w pewnym stopniu respektowanie wartości.

To go zgubi. Chyba, że do następnych wyborów wymyśli jakieś polityczne perpetuum mobile, w którym PiS zawsze wygrywa. I może o to mu po trochu chodzi?

Roman Graczyk       

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje