Jarosław szuka spokoju

PiS ma władzę, czyli ma kamienice. Platforma ma ulice. Wyprowadza na ulice miast kilkadziesiąt tysięcy ludzi. PiS od pół roku zapowiada tego typu demonstracje i na zapowiedziach się kończy. Ta, niby banalna zmiana miejsc, ma polityczne konsekwencje.

Dlatego rozczulił mnie Jarosław Kaczyński, gdy w Szczecinie, odpowiadając na sobotni Marsz Wolności w Warszawie mówił, że to bzdura, że nie ma w Polsce wolności, bo gdyby jej nie było, to nie byłoby i marszu. A on jest. Znaczy się, w Polsce wolności jest po pachy.

Ha! Na tej zasadzie możemy twierdzić, że wolność była i w Polsce Ludowej - bo 4 czerwca 1989 można było iść i zagłosować, i - w konsekwencji - obalić PZPR. Przepraszam, z jednej strony mówi się o władzy totalitarnej, trzymającej naród za pysk, a tu, proszę, wybory i kartka wyborcza decyduje. To gdzie ten strach i terror?

Reklama

Łamigłówka?

Nie tak specjalnie skomplikowana. Podstawową kategorią polityki jest pojęcie siły. W roku 1989 władza nie miała siły, by samodzielnie rządzić, a potem, by  wybory zablokować. Zdawała zresztą sobie z tego sprawę, więc chętnie werdykt suwerena zaakceptowała. Ku swej zgubie.

Jarosław Kaczyński też pewnie, gdyby mógł, sobotni marsz by zablokował, bo przecież nie był mu w smak. Ale nie miał na to siły. Więc ze swej słabości czyni wspaniałomyślność.

Dziękujemy Ci, Jarosławie!

Odnoszę zresztą wrażenie, że prezes PiS i jego partia, zaczynają powoli odczuwać, że doszli do ściany, że liczba frontów, które otworzyli jest szalona i że trzeba się uspokoić. Bo to się opłaca.

Historia IV RP pokazuje, że Jarosław Kaczyński nie jest tępym dogmatykiem, że przyciśnięty, wycofuje się, nie wali głową w mur. Wycofał się przecież z zaostrzenia i tak restrykcyjnej i antykobiecej ustawy antyaborcyjnej. Czarny protest okazał się skuteczny.

Sędziowie! Ustawa, którą chciał wprowadzić PiS, miała de facto podporządkować ich ministrowi sprawiedliwości. Wielka awantura, która się kroiła, powstrzymała Kaczyńskiego. Na razie sytuacja jest w zawieszeniu.

Warszawa! PiS forsował ustawę metropolitarną, zakładającą przyłączenie do Warszawy okoliczne miasteczka i gminy. Wielki raban z tego powstał i PiS szybko z pomysłu się wycofał.

Media! To niby rządząca partia ma sukces, bo wzięła media publiczne i je używa bez umiaru. Ale przecież zamiary były szersze - zaprzyjaźnieni z partią biznesmeni mieli wykupywać gazety, te centralne i regionalne, spółki skarbu państwa też miały brać w tym udział, rozmowy z właścicielami gazet były już prowadzone. Ba! Pomrukiwano o odbieraniu koncesji "wrażym" nadawcom. I co? Też siadło, choć bardziej z powodu uporu wydawców, niż strachu przed gniewem suwerena.

PiS ma też na swym koncie bolesne porażki, które pokazały mu jego ograniczenia. Ta najbardziej głośna, 27:1, pokazała jaka jest siła Kaczyńskiego w Europie. Próba szmacenia Tuska, czołgania go po prokuraturach też skończyła się klęską - bo były premier z tego przesłuchania uczynił zwycięską manifestację. Oj, nie ma szczęścia Jarosław K. do Donalda, co z nim zacznie, to w łeb...

Zdziwienie budzą też porażki kadrowe, a raczej - nieumiejętność wycofania się ze złych decyzji. Wizerunkową klęską jest przecież Witold Waszczykowski, który co się odezwie, to wstyd. A Szyszko? A Macierewicz? Pisałem o tym kilka tygodni temu - szef MON jest za silny (wewnątrz obozu PiS), by Kaczyński mógł go zdyscyplinować. Więc go nieśmiało oskubuje, zezując na księdza Rydzyka, co on na to...

To życzę powodzenia.

Innymi słowy, pole politycznej gry Jarosławowi Kaczyńskiemu się zawęża i to w tempie szybszym, niż można było się spodziewać. Zwycięstwo we Francji Emmanuela Macrona to kolejny dla niego kłopot - bo oznacza, że kończy się czas pobłażliwości Europy i jej niezdecydowania, że nastaje pogoda, by takich gości jak Orban czy Kaczyński szybko dyscyplinować.

Oczywiście, PiS te błędy i wpadki próbuje zakrzyczeć, próbuje odzyskać inicjatywę, ale widać, że nie ma na to pomysłu, bo przecież za taki nie można uznać opowieści o zmianie konstytucji.

Blaknie też propagandowy leitmotiv, że protesty opozycji to okrzyki dzieci i wnuków UB, które nie mogą się pogodzić z tym, że nie rządzą, że nie są już przy korycie. No, nikt mi nie powie, że dziesiątki tysięcy uczestników Marszu Wolności, to  wszystko potomkowie UB. Odnoszę poza tym wrażenie, że w tym krzyku zmieniają się akcenty. Że mniej jest tam platformerskiego żalu za utraconymi stanowiskami i przywilejami, a więcej strachu PiS-owców, że to korytko, do którego się przyssali, ktoś przyjdzie i im zabierze.

Oni dobrze to czują.

Daleki jestem od wysnuwania wniosków z jednej politycznej imprezy, ale przecież Marsz Wolności nakreślił pole bitwy między PiS a resztą świata. Dopowiedział to, co narastało od paru miesięcy. Że nie jest tak, jakby chciał Jarosław Kaczyński, że z jednej strony są stoczniowcy, a z drugiej ZOMO. Jest inaczej. Z jednej strony są żołnierze wyklęci i sekta smoleńska, z drugiej Polska w Unii Europejskiej. Przepraszam, jaki może być wynik takiej potyczki?

PiS dał sobie wyjąć z rąk marzenie o Europie, o awansie społecznym, o tym, że Polacy chcą iść do przodu. I teraz bardzo trudno będzie mu wyjść z politycznej defensywy. Dlatego Kaczyński zamyka fronty, ogranicza pola bitwy, będzie chciał uspokoić sytuację, grać miłego i dobrego. Jeśli chodzi o niego, to pewnie śmiesznie brzmi - ale to spokoju dziś mu najbardziej potrzeba.

Robert Walenciak

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje