Jasiński: Kłamaliśmy rano, nocą i wieczorem

​Spektakularny strzał w stopę, jakim było obarczenie prezydenta Bronisława Komorowskiego całą odpowiedzialnością za porażkę wyborczą, powinien być - jak myślę - gwoździem do trumny Platformy Obywatelskiej. W ten pośredni sposób partia rządząca przyznała bowiem, że pięć lat temu wcisnęła Polakom kiepskiego kandydata, wykorzystała go, by bezstresowo rządzić przez pięć lat, i jeszcze chciała go wcisnąć po raz wtóry. A przecież musiała wiedzieć, że jest kiepski.

Słynne "kłamaliśmy rano, nocą i wieczorem" premiera Węgier Ferenca Gyurcsány'ego doprowadziło kiedyś do przesilenia nad Dunajem i otworzyło drogę do wyborczego sukcesu Victora Orbana. Przypadek dotąd wspaniałego, a z dnia na dzień "nagiego" Bronisława Komorowskiego jest nie mniej spektakularny. Tym bardziej, że wspierają go "otwierające oczy niedowiarkom" podsłuchane wynurzenia Elżbiety "ale, jaja, ale jaja" Bieńkowskiej, czy Bartłomieja "ch..d..k..k.." Sienkiewicza. Ich ujawnienie nie wyprowadziło obywateli kraju nad Wisłą na ulice, ale to nie znaczy, że nie wyprowadziło ich z równowagi.

Reklama

Ustępujący prezydent przegrał nie z powodu złej kampanii, tylko dlatego, że "to zły prezydent był" - nastawiony tylko i wyłącznie na interesy własne i własnego politycznego środowiska. W sytuacji, gdy rządzenie PO wyglądało tak, jak wyglądało, w naturalny sposób jego osobisty interes wyborczy musiał się z oceną dokonań partii zderzyć. Tak jak Komorowskiemu nie udało się od PO odciąć, tak i PO pospiesznymi ruchami spod cienia prezydenta nie ucieknie. A podejmowane w tym celu próby tylko ją ośmieszają.

Pierwszy i właśnie w tych dniach widoczny skutek zwycięstwa Andrzeja Dudy jest taki, że oto jak na dłoni widać jakość prognoz i komentarzy większości polityków, publicystów i ekspertów. Prognoz i komentarzy, które - przypomnijmy - w zdecydowanej większości przewidywały łatwe zwycięstwo dotychczasowego lokatora pałacu prezydenckiego.

O ile polityk od dawna nie jest już zawodem zaufania publicznego, a publicyści oczywiście mają swoje sympatie polityczne i myślą czasem życzeniowo, o tyle wskazania niektórych ekspertów, socjologów, politologów i psychologów społecznych wołają o pomstę do nieba. Podobnie jak niektóre sondażownie, powinniście Państwo przeprosić i schować się do mysiej dziury. Przeprosić, że wasze diagnozy, które obywatele opłacają z podatków, okazały się propagandowym śmieciem. A wy sami w żaden sposób nie jesteście zdolni, by naszą rzeczywistość opisać. Oczywiście, są eksperci, których opinie warto było czytać przedtem i warto będzie czytać nadal. Przeglądając teksty z ostatnich tygodni łatwo ich nawet wyłowić.  Ale to wciąż wyjątki, nie reguła.

A co do nas dziennikarzy... Oczywiście, nawet zepsuty zegar dwa razy na dobę pokazuje właściwą godzinę, więc jeśli część z nas od ośmiu lat liczyła na zwycięstwo PiS i to zapowiadała, to w końcu musiała się tego doczekać. Nawet jeśli drugiej części, która chciała, by PO rządziła już wiecznie, wciąż to nie może pomieścić się w głowie.

Poza chwilową satysfakcją jednych a frustracją drugich pozostaje jednak sprawa znacznie ważniejsza - na ile czwarta władza w Polsce jest w stanie kontrolować system polityczny, który lubi, i który ją karmi. Najwyraźniej nie jest w stanie. Zastanówmy się tylko, co by było, gdyby nie było internetu, a naród słuchał tylko tego, co ma mu do przekazania większość wiodących, "opiniotwórczych", tych co to "nie jest im wszystko jedno" mediów.

Nic nie pokazuje działania demokracji tak wyraźnie, jak zmiana władzy. W tym sensie minione dwa tygodnie były triumfem demokracji, jakiego w Polsce przynajmniej od 2007 roku nie było. Jak na mój - z konieczności ograniczony i subiektywny - ogląd sytuacji, dominują teraz dwie emocje - ostrożny entuzjazm tych, którzy Andrzeja Dudę poparli, i powyborczy foch (nie mylić z kacem) tych, którzy chcieli, by zostało tak, jak jest. Widzę w tym pewne powody do optymizmu.

Ostrożny entuzjazm, silnie tonowany po zwycięskiej stronie przez samo otoczenie Andrzeja Dudy, to w praktyce jedyny sposób, by sukces kandydata PiS przekuć w trwały proces odbudowy naszych wewnętrznych relacji. Jeśli PiS-owi na tym rzeczywiście zależy, już o tym wie. Z kolei foch, który wygląda z różnych łamów i portali, to i tak nie najgorsza w końcu postawa, jaką "mniejszościowy" w tej chwili elektorat może wyniki wyborów przywitać.

Po obu stronach są oczywiście skrajności, ale w obliczu tej decyzji wyborców, zwłaszcza liczebności antysystemowych "kukizowców", można mieć nadzieję, że sukces ekstremalnych narracji będzie stopniowo malał. A grupa, która chce i jest w stanie ze sobą rozmawiać, urośnie. I przetrwa wybory parlamentarne.

Andrzej Duda obiecał, że będzie łagodził nasze polsko-polskie podziały. Przyznam, że na spełnieniu tej obietnicy zależy mi najbardziej, bo tu prezydent może zrobić naprawdę dużo. Trzymam więc za słowo. Jeśli nowemu prezydentowi się to uda, ze wszystkim innym pójdzie nam łatwiej.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje