​Miastko przeciwko Miastu

Sam już nie policzę, ile razy wytykałem wrogom PiS, że uchylają się od wykonania najbardziej elementarnej w ich sytuacji pracy - przeanalizowania przyczyn swojej klęski i odrzucenia. Wystarczyłoby przeczytać, kto to był i czego dokonał ten de Gaulle, którego stale przywoływał Jarosław Kaczyński w swoich wywiadach i książkach z początków III RP, sięgnąć po jakąś książkę Stanisława Ehrlicha, którego wprost nazywa swym mentorem... W ogóle, ruszyć obitą de i coś poznać, czymś się zainteresować.

Ale znacznie wygodniej było i jest poprzestać na skonstatowaniu, że Kaczyński wygrywa, bo jest wredny, zawistny i nikczemny jak wszyscy Polacy - poza oczywiście nami, elitą, najlepszymi, najlepiej wykształconymi i najuczciwszymi, jak zwięźle zdefiniował opozycję przeciwko rządom PiS lider KOD, Krzysztof Łoziński. Z tej konstatacji płynie logiczny wniosek, że - jak to dobitnie wyłożył inny współzałożyciel KOD, Walter Chełstowski - demokracja jest po prostu do d. w samym swych podstawowych założeniach, bo byle cham i cymbał ma w niej taki sam głos, jak jaśnie oświeceni, i może ich przegłosować (przypomnę, skrót KOD oznacza "komitet obrony DEMOKRACJI" - podkr. moje RAZ). "Bydło wdarło się na salony" (wspomniany już Łoziński), "wypróżniło się" (inny demokrata, Włodzimierz Cimoszewicz), nieuchronnie powraca faszyzm (Agata Bielik Robson) i w ogóle wszystko stracone (Marcin Król). Stąd ulubionym zajęciem "elit" jest doznawanie spazmów nad swoją odrzuconą przez chamów wyższością i celebrowanie męczeństwa, choćby tak groteskowego, jak ujęcie przez policję za rzucanie jajami w limuzynę prezydenta czy mandat za celowe i prowokacyjne zakłócanie legalnego zgromadzenia.

Reklama

Co do tego, że wyznaczenie linii politycznego podziału: my - elita, wy - chamy i bydło gwarantuje obozowi III RP dożywotnie odrzucenie przez większość społeczeństwa, nawet, gdyby PiS dogonił pod względem liczby afer, patologii i ogólnej demoralizacji swych poprzedników z PO-PSL, nie ma chyba dyskusji. Dlatego od pewnego czasu uważam, że zajmowanie się "totalną opozycją" to już tylko czysta "beka", na poważny komentarz polityczny zwyczajnie nie ma tu materiału. Ot, najprostsza sprawa - tyle czasu labidzą, że zły PiS zabiera im sądy, ale czy ktoś widział jakikolwiek, choćby najbardziej zgrubny projekt, choćby same tylko założenia "dobrej" reformy sądów, przedstawiony przez PO i Nowoczesną? Teraz się z kolei zachłystują, jak to źle w służbie zdrowia - ale czy słyszał kto, poza jałowym stękaniem, że pieniądze się na nią "się muszą znaleźć", jakiś konkretny pomysł?

Muszę jednak przyznać, że w tym chóralnym stękaniu, jojczeniu, błaganiu o zachodnie sankcje i rojeniu o triumfalnym powrocie Tuska na białym Timmmermansie odezwał się ton odmienny. "Fenomen ten godzien rozbiorów", mówiąc wieszczem - oto znalazł się opozycyjny, lewicowy socjolog, który zamiast urządzić kolejną "obywatelską" debatę, na której "profesor" Stępień wymieni się z prezesem Rzeplińskim i redaktorem Michnikiem uwagami o tym, jak bardzo PiS jest faszystowski, a Kaczyński zawistny, przy okazji potępiając falę populizmu i nacjonalizmu, postanowił zbadać elektorat PiS.

Zbadać elektorat PiS narzędziami socjologicznymi, po prostu pojechać w Polskę, do typowego, małego polskiego miasta, a ściślej - Miastka, w którym PiS zdobył w wyborach ponad 50 proc. głosów, i zrobić naukowe rozpoznanie nastrojów, postaw, mentalności, celów, wartości i tak dalej.

Po prostu niepojęte - jak mogło coś takiego dr. hab. Gduli przyjść do głowy? Po co badać elektorat, skoro najwyższe autorytety już dawno pryncypialnie go potępiły, stwierdziły, że jest niesłuszny, populistyczny i kupiony za socjalną marność, rychtyk jak ten, który wyniósł był do władzy Hitlera? Po co elitom wiedzieć, co ludzie myślą w jakimś tam Miastku (tu nie do końca zrozumiałem: z radiowej wypowiedzi Gduli wynika, że to nazwa-kryptonim i badania odbywały się gdzieś na Mazowszu, a przecież miejscowość o tej nazwie naprawdę istnieje, tyle że na Pomorzu) - skoro elity już dawno orzekły, co myśleć o tych ludziach i tym, których im podczas wyborów "narzucili", jak to ujął w wiekopomnej analizie dyżurny socjolog III RP, prof. Markowski?

Nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale fakt jest faktem - Gdula z zespołem zrobił takie badanie, a ponieważ działa tam, gdzie działa, to badania tego nie mógł salon tak do końca zignorować. Jego wyniki zostały omówione na internetowych stronach "Krytyki Politycznej" i "Agory", kto ciekaw, niech poszuka - i może to być dla niejednego leminga szok.

Bo co wynika z badań? Że wszystkie wyobrażenia "elit" (skoro tak się chcą nazywać, niech im będzie) o "chamach" są o kant potłuc. Że na PiS wcale nie głosowali najbiedniejsi i analfabeci, że podstawą popularności PiS nie jest wcale znienawidzone "pińćset", że w ogóle - to są zupełnie normalni, racjonalni ludzie. I ich wybory polityczne również są racjonalne. I wcale nie są przeciwnikami demokracji, tylko rozumieją ją tak, że kto wygrał wybory, to ma rządzić, a kto przegrał, ma z tego wyciągnąć naukę i starać się wygrać następne, a nie paraliżować państwo i latać na skargę do ościennych krajów.

Mówiąc najkrócej - wynika z tych badań w "miastku", czy może jednak prawdziwym Miastku, że zwycięstwo wyborcze PiS było tylko skutkiem, ukoronowaniem długotrwałego procesu odrzucenia elit III RP. Tak, jak to wielokrotnie tu opisywałem. Grupa, która podczas założycielskiego szabrowania masy upadłościowej po PRL nachapała się i przejęła narzędzia "redystrybucji szacunku", postanowiła wykluczyć, unieważnić i skazać na wymarcie tych, których z tego obrabowała - przekonana, że tamci i tak "wymrą jak dinozaury" - sama została przez nich wykluczona.

Owszem, przez wiele lat je się udawało, doiła kraj na całego, jednocześnie sprawując nad dojonymi "rząd dusz", bo imponowała dojonym. Ale z czasem się okazało, że ta "elita" - mówiąc naukowo, klasyczna elita kompradorska, postkolonialna - zwyczajnie nie umie państwa skutecznie obsłużyć. I wtedy została przez społeczeństwo odrzucona. To, co kiedyś imponowało, teraz wkurza. Ci, którzy kiedyś byli autorytetami, są teraz słuchani na opak. I koniec, nie ma przeproś.

Proste. Naprawdę.

Tyle, że wynika z tego, iż "autorytetom" i "środowiskom opiniotwórczym", które identyfikują z III RP pozostało jedno - ukłonić się i odejść. Wtedy może wyrośnie z czasem coś, co będzie znowu elitą i stanie się dla obecnej władzy pozytywną alternatywą. Emocjonalna szamotanina "byłych" tylko przedłuża ich agonię i czyni ją bardziej bolesną.

Są oczywiście próby wmontowania wyników badań Gduli w dyskurs "totalnej opozycji" - na wspomnianych stronach "Agory" czyni to na przykład były doradca "Nowoczesnej" od politycznego marketingu Jakub Bierzyński. Tyle, że są to rady, pozostawiając już nawet na boku, czy sensowne, dla byłych elit nie do przyjęcia: żeby wrócić do znaczenia, musicie się zupełnie zmienić. Toż gdyby były zdolne się zmienić, to by znaczenia nie utraciły.

Nie mam więc wątpliwości, że dr hab. Gdula swój sukces w roli badacza okupić będzie musiał goryczą przegranej jako działacz. Po prostu zostanie zamilczany i zagłuszony. Owszem, odnotowali w mediach "opozycji totalnej" jego analizę, ale zaraz opublikują tam po pięćdziesiąt kolejnych głębokich "analiz" Agnieszki Holland, Stuhra, Opani, jakiegoś profesora od "przyzwoitości" i kogo tam jeszcze, że faszyzm, populizm, bydło się wdarło, i że jak Hitler w latach trzydziestych.

I że trzeba "bronić wolności", waląc chamom w oczy, że są chamami, hołotą i wiochą, i powinni słuchać oświeconych elit - bo jak nie, to oświecone elity, cytując arcypowieść, napiszą jakąś wspólną depeszę i gdzieś ją wyślą. Prawdopodobnie do Fransa i Angeli. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje