Nie załkam po TVN-ie

Kara nałożona przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji na TVN za stronnicze relacjonowanie przez TVN-24 zeszłorocznego "ciamajdanu" wzbudziła falę krytyki – co ciekawe, najintensywniejszej po "pisowskiej" stronie debaty publicznej. "Idiotyzm", "nadgorliwość", "fatalny prezent dla Morawieckiego"… partyjny pijar z punktu uznał za stosowne od nałożonej kary się odciąć, podpatrzoną u poprzedników metodą wypuszczając plotkę, że "Donald…", to jest, pardon, tym razem Jarosław "się wściekł", że "polecą głowy" i tak dalej. A zwrócenie przez KRRiTV uwagi na fakt, który powinien być wszystkim znany, że kara nie ma charakteru bezwzględnego, TVN może odwołać się od niej, przedstawiając swoje racje, najpierw do samej KRRiTV, a jeśli z jej decyzji będzie niezadowolona – do sądu, ogłoszono w mediach "pękaniem" Rady, która jakoby sama się "wycofuje się rakiem" z własnej decyzji, co ma być kolejnym dowodem, jaka to była głupota i nadgorliwość.

Zupełnie się z tym jazgotem nie zgadzam. Trudno mi wprawdzie wchodzić w spór co do szczegółów sprawy, bo nie znam ekspertyz na których Rada się oparła. Być może zabrakło w nich profesjonalizmu, być może procedura nakładania kary trwała za długo, być może zarzuty są za słabo udowodnione - ale przecież ci, którzy rzucili się bronić TVN przed "cenzurą" i rwać szaty, nie znają ich tak samo.

Reklama

Zostawmy to do rozstrzygnięcia sądowi. Zważywszy, że różni upadli osobnicy na czele z byłym (choć on podobno jeszcze tego nie wie) redaktorem naczelnym "Newsweeka" Tomaszem Lisem zaczęli właśnie niewybredny atak na prezesa Naczelnego Sądu Administracyjnego można sądzić, że nie są wcale pewni wygranej i podobnie jak w innych sprawach próbują z góry emocjonalnie opancerzyć swych wyznawców przed spodziewaną przegraną.

Wściekłość zdaje się budzić sam fakt, że KRRiTV ocenia, czy nadawca postępuje zgodnie z koncesją i nakłada kary. Samo w sobie ma to stanowić jakieś horrendum i powód do bicia na alarm.

Otóż nie stanowi. Gwoli przypomnienia - KRRiTV nakładała rozmaite kary na rozmaite media elektroniczne wielokrotnie. Nie tylko za bluzgi czy poniżanie na antenie (na przykład, za sławne "dowcipy" Wojewódzkiego i Figurskiego o Ukrainkach), reklamy alkoholu w nieprzepisowym czasie i temu podobne. W początkach roku 2014 nałożyła na przykład karę na telewizję "Trwam" za rzekomo nierzetelne relacjonowanie Marszu Niepodległości - zdaniem ówczesnego składu Rady, "Trwam" nie potępiła bowiem należycie spalenia tęczy na placu Zbawiciela. Zwracam uwagę na tę sprawę, bo była ona bliźniaczo - a raczej, lustrzano - podobna do kary na TVN za "ciamajdan". A ponieważ w Radzie siedzieli wówczas nominaci "jedynie słusznej" siły politycznej, a ich ofiarą padł znienawidzony przez liberalne elity O. Rydzyk, protestów nie było. Jak wiadomo, hipokryzja to drugie imię "salonu" III RP.

Nie mamy więc do czynienia z żadnym aktem "pisowskiej" samowoli, karę nałożył zgodnie z obowiązującymi od dawna procedurami uprawniony do tego organ, który jest całkowicie niezależny od rządu, więc łączenie jej z nowym premierem (co robi na przykład rzeczony TVN) jest zwykłym oszustwem. Owszem, suma 1,5 miliona może wydać się szokująca - w wypadku TV Trwam kara (nota bene, ostatecznie nie zatwierdzona przez sąd) wynosiła 50 tysięcy złotych - ale te kwoty wynikają z przewidzianych prawem "widełek". Jak mawiali nasi przodkowie, "wedle stawu grobla" - dla takiego giganta jak TVN te 1,5 bańki to jeden promil (promil!) rocznych przychodów, tyle albo i więcej zarabia, licząc cennikowo, na reklamach przy jednej tylko emisji swoich antenowych przebojów w rodzaju "Azja Express".

Jeśli już kogoś krytykować za taką "cenzurę", to rządy SLD, bo to one przed laty ową procedurę prawną stworzyły i przegłosowały. Ale tej akurat spuścizny po Kwaśniewskim i Millerze krytykować nie należy, w każdym razie nie za to, że jest "cenzurą" - co najwyżej, przeciwnie, że narzędzia, jakie daje państwu, są i tak iluzoryczne i mało skuteczne.

Dotykamy istoty sprawy: czy w ogóle państwo powinno mieć prawo i narzędzia do kontrolowania przekazu wielkiej, prywatnej stacji telewizyjnej? Protestujący przeciwko karze, także ci z obozu pisowskiego, zdają się myśl taką odrzucać apriorycznie, odruchowo i z oburzeniem. I tu się właśnie fundamentalnie nie zgadzamy. Jak pisałem już kiedyś na tych tu łamach (polecam ten tekst uwadze - tytuł brzmiał "Miękki brzuch republiki") w dzisiejszych realiach całkowicie wyjęte spod kontroli państwa media elektroniczne to coś takiego, jak istniejące w dawnych czasach prywatne armie, tworzone przez magnatów i wykorzystywane do prywatnych wojen.

Rzecz w tym, że za pomocą takich mediów, jak grupa TVN, można kreować społeczne nastroje - niekiedy w sposób całkowicie oderwany od rzeczywistości. Można rozpętać histerię, choć nic się nie dzieje (przykład - "czarny protest" przeciwko projektom, których w istocie w ogóle nie było), można też wtedy, gdy społeczeństwo ma realne powody do zaniepokojenia, odwracać jego uwagę i usypiać je "wrzutkami". Kto ciekaw, niech zapozna się z przypadkiem klinicznym - jak wolne, prywatne media rozpętały wojnę domową i ludobójstwo w Ruandzie. Bo to właśnie medialne szczucie popchnęło Hutu i Tutsi (mówiąc nawiasem - nie są to naturalne plemiona, tylko podział wytworzony ongi przez kolonizatorów) do wzajemnej nienawiści, która skończyła się rzezią.

Osobiście nie mam wątpliwości, że TVN jest narzędziem polityki "bujania" polską łodzią, manipuluje emocjami i chwilami jej przekaz nie ma nic wspólnego z dziennikarstwem ani publicystyką, jest czystą propagandą, obliczoną na wprawienie poddanych praniu mózgu widzów w histerię i skłonienie do określonych zachowań. Produkowanie fejk-niusów, dobór komentatorów, a także późniejsze manipulowanie kontentem w internecie nie pozostawia co do tego wątpliwości. Tak, podtrzymuję swoje słowa, że gdyby Władimir Putin wezwał do siebie generałów FSB i powiedział im: wymyślcie coś, żeby Polacy bez przerwy się żarli, nienawidzili, niszczyli swoje państwo i siebie nawzajem, i żeby ta wojna domowa nie wygasała, póki sytuacja nie stanie się dla nas korzystniejsza - to owi generałowie nie mogliby carowi podpowiedzieć nic lepszego niż telewizja TVN, jej kanał informacyjno-publicystyczny i jej "Fakty". I jeszcze, żeby najlepiej ta szczujnia należała formalnie do spółki zarejestrowanej w USA.

Z argumentów przedstawionych przeciwko karze KRRiTV szczególnie oburza mnie ten "amerykański". Reporter TVN poleciał na skargę do rzeczniczki Departamentu Stanu, uzyskał u niej standardowe oświadczenie, że rząd USA jest "zaniepokojony" (rząd USA z zasady jest zaniepokojony, gdy ktokolwiek gdziekolwiek na świecie próbuje popsuć interesy Amerykaninowi, bo choćby nawet sam uważał go za gangstera, to ich gangster i zawsze może na swój rząd liczyć - chciałbym, żeby tak samo działał rząd polski). I natychmiast zaczęła się po stronie "totalnej opozycji" radość, a po stronie pisowskiej rejwach, że "nadgorliwość" KRRiTV "skłóciła nas" z jedynym sojusznikiem. Widać z tego, że po obu stronach, także tej pisowskiej, panuje u nas ta sama kolonialna, jak to ujął były szef MSZ, "murzyńskość", a jedyna różnica, to wybór mocarstwa, przed którym się płaszczymy. Jednym nie mieści się w głowach, że możemy nie podskakiwać na każdy grymas Niemców, innym, że Amerykanów, ale w każdym razie, mentalnie nie jesteśmy zdolni być dla nikogo sojusznikiem, a tylko - jak nazywali nas kiedyś lekceważąco krasnoarmiejcy - "sojuszniczkiem".

Argumenty ad personam, deprecjonujące ekspertkę KRRiTV za to, że jest katoliczką i wykłada na uczelni O. Rydzyka, zbędę tu milczeniem. Podobnie, jak argumenty "a u was biją Murzynów", czyli zwyczaj odpowiadania na pokazywanie ewidentnych manipulacji mediów prywatnych zarzutami, że te państwowe też nie są święte. Pewnie, nie są, ale nad nimi kontrola państwa sprawowana jest w inny sposób. Ich patologie to inna sprawa i inna dyskusja. Nie mogą one w każdym razie być argumentem za totalną samowolą i nieodpowiedzialnością mediów, które są w stanie za pomocą pokazywania milionom ludzi obrazków rzucać na masową skalę postrach, budzić gniew, nienawiść, chęć zemsty i popychać ludzi do związanych z takimi emocjami działań. Twierdzenie, że to prywatna sprawa koncernu - czyli nawet nie wiadomo kogo, bo struktura własnościowa TVN, jak i RASP czy innych tego rodzaju organizmów nie jest do końca przejrzysta - jest równoznaczne, powtórzę, z twierdzeniem, że każdy, kogo na to stać, powinien mieć prawo najmować sobie własne wojsko i realizować swoje interesy w państwie siłą.

To nie jest kwestia walki politycznej. To coś więcej - kwestia stabilności państwa, bezpieczeństwa publicznego. Fakt, że stacji uporczywie agitującej przeciwko państwu polskiemu i jego organom (tak, taki jest przecież ogólny przekaz TVN - posunięty aż do delegitymizowania państwa, wyniku wyborów i konstytucyjnego porządku) przewidziana do tego instytucja w sposób zgodny z prawem, przy istniejącej procedurze odwoławczej, odważyła się wymierzyć lekkiego prztyczka, nie może być w żaden sposób uważany za powód do alarmu. Mnie osobiście bardziej niepokoi, że to tylko prztyczek i że trzeba było czekać nań tak długo. Gdyby to ode mnie zależało, w sądzie leżałby już wniosek nie o jakieś tam mniejsze czy większe kary, ale o cofnięcie TVN-owi koncesji.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje