Nieudacznik roku

Naturalną rzeczy koleją przychodzi czas rozmaitych podsumowań i rankingów, co było w ubiegłym roku ważne, co dobre, a co złe, kto zasługuje na miano "człowieka roku" i tak dalej. Z góry mnie od tego wszystkiego odrzuca, bo, jak to u nas ze wszystkim, wiadomo przecież ponad wszelką wątpliwość, które media ogłoszą, że rok był pasmem katastrof, klęsk i nieszczęść, że jedynym wydarzeniem pozytywnym były manifestacje KOD-u, bohaterem zaś Andrzej Rzepliński, a które wręcz przeciwnie: pasmo sukcesów, 500+ i Jarosław Kaczyński…

Myślę jednak, że co do jednego wszyscy uczestnicy publicznej debaty muszą się zgodzić - berło nieudacznika roku 2016 bezsprzecznie należy się Grzegorzowi Schetynie. To, jakim okazał się nieporozumieniem jako lider PO, to po prostu mistrzostwo w nieudolności.

Reklama

Przejął przywództwo największej partii opozycyjnej po Ewie Kopacz i Bronisławie Komorowskim, na tle których - mówiąc oglądnie - bardzo trudno było źle wypaść. Przejął je po przegranej przez partię na tyle dużej, że wręcz narzucało się natychmiastowe zrobienie "odnowy", zwalenie wszystkich "błędów i wypaczeń" na Tuska, odcięcie się tym sposobem z góry od wszystkich afer, brudów i zaszłości, które przecież wiadomo, że będą wciąż wywlekane przez CBA, prokuratury i media oraz od wszystkich niedociągnięć ośmioletniego rządzenia przez nicnierobienie i spychologię stosowaną.

Było jak było, wicie-rozumicie, to wina Tuska, ja wtedy protestowałem, niestety nic więcej nie mogłem, ale od teraz to już "partia ta sama, lecz nie taka sama", partia, która zrozumiała, w czym i dlaczego zawiodła obywateli, która naprawia błędy, jest opozycją merytoryczną, poważną alternatywą dla tego, co robi PiS.

Zarazem - Schetyna przejął Platformę po przegranej na tyle jednak niedużej, że pozostała ona jednym z dwóch ugrupowań politycznego oligopolu, który przejął na własność prawie cała polską politykę. Z największym klubem parlamentarnym, z władzą w większości województw, z rozbudowanymi strukturami terenowymi i kupą budżetowych pieniędzy.

I do czego doprowadził w ciągu roku swych rządów? Do wizerunkowej katastrofy oraz marginalizacji przy partyjce mającej cztery razy mniej posłów, lidera znanego głównie ze śmiesznych wtop obnażających jego niewiedzę i braki inteligencji, zero struktur i prawie nic budżetowej dotacji, utraconej przez własną nieznajomość przepisów i nieudolne próby prowadzenia lewej księgowości (tak nawiasem, za to samo, za co Nowoczesna tylko utraciła dotację - proszę zajrzeć do wyroku SN podtrzymującego decyzję PKW - zwykły przedsiębiorca miałby postępowanie karno-skarbowe zakończone co najmniej wysoką grzywną, jeśli nie więzieniem).

Jak nasz polityczny geniusz tego dokonał? Odpowiedź zawiera się w dwóch słowach: "opozycja totalna". Czyli, po pierwsze, bezmyślne, automatyczne protestowanie przeciwko wszystkiemu, co robił PiS, nawet jeśli robił to samo, co kiedyś PO, i nawet jeśli robił to, czego chce osiemdziesiąt procent społeczeństwa. Po drugie, totalna obrona wszystkiego, co działo się za rządów PO-PSL, nawet tak oczywistych patologii, jak rozkradzenie przez warszawskich gangsterów połowy miasta pod hasłem "reprywatyzacji". I po trzecie, trzymanie sztamy z każdym, kto atakuje PiS w jakikolwiek sposób i z jakichkolwiek pozycji.

Schetynie wydało się, że w polityce "wystarczy być". Konkretnie - że wystarczy być antypisem, ruszać głową nie trzeba, można się skupić na irytujących dla elektoratu osobistych rozgrywkach i wendetach w aparacie partyjnym.

Mniejsza, że ta strategia z punktu PO ośmieszyła, gdy, na przykład, nijak nie umiała ustalić swej narracji wobec sztandarowego dla PiS "500+" - po pierwsze, to nieodpowiedzialność, rozdawanie menelom na wódkę, które doprowadzi do greckiego bankructwa w trzy miesiące (bo wszystko co robi PiS jest straszne), a po drugie, jak my dojdziemy do władzy, to będziemy rozdawać więcej i na każde dziecko, a nie tylko drugie (no bo jednak ludziom się to podoba i trzeba obiecywać). Ważniejsze, że strategia "opozycji totalnej" sprowadziła PO do, jak to nazywam, najgłupszego wspólnego mianownika z ośrodkami i ugrupowaniami, które nie miały nic do stracenia i które szczucie i judzenie na "Kaczora" mogły w związku z tym podkręcać do granic absurdu i poza nie.

Strategię największej partii opozycyjnej zaczęła wyznaczać redakcja "Gazety Wyborczej" - jak się to kończy, pokazały już losy Unii Wolności. Tusk korzystał z medialnych funkcjonariuszy Michnika, ale robił, co sam uważał, w stosownym momencie rozwalił UW i dokonał politycznego mordu na Geremku, kpił sobie w żywe oczy z lewicowych postulatów, latami obiecując ich niezwłoczne spełnienie, bo wiedział, że "Wyborcza" i tak musi go wspierać.

Natomiast Schetyna stal się zakładnikiem ideologów z Czerskiej, i, gorzej jeszcze, wykreowanego przez nich KOD-u i Mateusza Kijowskiego. Przez cały ten rok ogon kręcił psem, i to coraz bardziej - czego szczytowym przykładem jest największa, właściwie jedyna okazała manifestacja tej organizacji, którą zorganizowała PO wydając na nią kupę partyjnych pieniędzy, a cały zysk wynieśli z niej inni.

Potem, już siłą rzeczy, kręcących ogonem zaczęło być coraz więcej - PO stała się tłem dla radykałów z KOD, tłem dla Petru, a w końcu w samej PO ton nadawać zaczęły osoby pokroju Joanny Muchy czy Agnieszki Pomaski. Obecna błazenada w Sejmie, gdzie grupa platformersów siedzi nie wiadomo właściwie dlaczego i po co, wydając z siebie groteskowo pompatyczne, frontowe komunikaty, śpiewając, szperając w cudzych rzeczach i rujnując do reszty wizerunek PO jako poważnej opozycji, jest miarą upadku przywództwa Schetyny i partii jako takiej.

Z czego zapamiętamy Schetynę, poza zdjęciem, na którym "okupuje" Sejm z miną, jakby siedział gołym zadkiem na jeżu albo gorącym grillu?

Z donoszenia na Polskę w Unii, budzącego niesmak nawet najbardziej zajadłych antypisowców? Z zapowiedzi zarzucenia "konserwatywnej kotwicy" zniweczonej po dwóch dniach zapowiedzią likwidacji CBA i IPN, czyli obrony aferzystów i kłamców lustracyjnych? Z nadskakiwania politycznemu i wizerunkowemu trupowi, jakim tu, w kraju, jest już od dawna Lech Wałęsa? (Tak, wiem, Tusk też nadskakiwał - ale żeby użyć go do swej gry za granicą, gdzie postrzeganie byłego TW Bolka jest diametralnie odmienne.)

Najbardziej chyba z głupiej miny, jaka teraz może być już jedyną jego reakcją na fanfaronady Ryszarda Petru, że trwale uniemożliwi działanie Sejmu i doprowadzi do jego samorozwiązania (nawiasem mówiąc, Petru znowu popisał się nieznajomością Konstytucji, samorozwiązanie było przewidziane w poprzedniej, obecna pozwala tylko na "skrócenie kadencji"). Co, poza tym, że jest niemożliwe, bo wymaga 307 głosów, dla PO oznaczałoby utratę 2/3 stanu posiadania na rzecz Nowoczesnej.

W niedawnym sondażu pollsteru, jak Polacy oceniają miniony rok, bardzo ciekawe było nałożenie tych ocen na preferencje partyjne. Wyborcy PiS generalnie oceniają go dobrze, wyborcy Nowoczesnej niemal w całości źle - i to nie zaskakuje, natomiast wyborcy PO pół na pół. Zapędzenie się w zaułek "opozycji totalnej" oznacza dla PO prędzej czy później oddanie jednej połowy Nowoczesnej, a drugiej Kukizowi albo nawet PiS.

Poza wszystkim - mając za przeciwnika Jarosława Kaczyńskiego, z jego sławną, obsesyjną podejrzliwością i upodobaniem do zarządzania przez konflikt, doprowadzić do sytuacji, w której to PiS staje się ostoją porządku, ładu prawnego i "siłą spokoju", a główna partia opozycyjna hałastrą awanturników nie potrafiących nawet wyartykułować, o co im chodzi - oto miara mistrzostwa. Pomyśleć, że latami uważano Schetynę za jakiegoś capo di tutti capi, złowrogiego makiawela, niszczącego bezwzględnie wrogów i pociągającego z ukrycia za wszystkie ważne sznurki...

Panie panowie, this is to celebrate the Fool of the Year - and here is the winner! 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje