​Nieznośna względność bytu

Nic stałego, naprawdę nic stałego nie ma w polskim życiu politycznym. Przypomina ono skakanie po ringu bokserów - jak ten w lewo, to drugi w prawo, jak on tak, to ja odwrotnie, w jednej chwili zawodnicy są tu, w drugiej, po paru zwodach i mniej czy bardziej trafionych ciosach, zamieniają się miejscami. Najgłupsza jest w tym wszystkim publiczność, która w ferworze kibicowania jednemu albo drugiemu kolorowi majtek i koszulki wmawia sobie, że ich idol zawsze był właśnie tu, gdzie jest.


Reklama

Proszę spojrzeć choćby na łatwość, z jaką pisowski hardkor rzucił się do gardła Andrzejowi Dudzie po jego wetach. Do przedwczoraj dla pisowców błogosławione było łono, które go wydało, przemówienia wprawiały w patriotyczną lewitację, a gdy robinsonadą godną historycznych wyczynów Jana Tomaszewskiego na Wembley uratował przed upadkiem hostię, ogłaszali go już nie tylko bohaterem, ale świętym, jednoznacznie wskazanym przez samego Boga.

Ale wystarczyło, że święty bohater "zdradził" Komendanta, a już jest dla nich tylko Dudą. Zdrajcą Dudą, Dudą - byłym członkiem Unii Wolności, otaczającym się oficerami WSI i knującym z agentem Putina Kukizem. Słowem, osobnikiem, z którym konszachty hańbią i czynią podejrzanym. Demaskacja: "o, ten tutaj trzyma z Dudą" nabrało w hardkorze podobnej mocy stygmatyzującej, jak kiedyś - "tego człowieka wprowadził do PiS Ziobro!"

A przecież "zdrada" Dudy polegała na tym, że nie pozwolił, żeby to właśnie Ziobro wyznaczał teraz sędziów Sądu Najwyższego. Bo Ziobro, choć mówił, że Kaczyński podzielił ludzi, pokajał się i został ponownie przyjęty na łono partii, a nawet obdarowany przez prezesa PiS prawem do wykonania po swojemu uważaniu czystek w sądach - i, o czym mniej się pisze, w korpusie dyplomatycznym. Więc zakwestionowanie woli Komendanta, powierzającego to zadanie właśnie jemu, choćby w najlepiej pojętej trosce o "dobrą zmianę", i o to, by nie skończyła się ona znowu nominowaniem na kluczowe stanowiska różnych Kaczmarków, Kornatowskich czy Kapustów, jest zdradą i zbrodnią - bez dyskusji, wykon.

Proszę nie sądzić, że tak radykalne przekładanie wajchy z pozycji "święty bohater" w pozycję "zdrajca" i odwrotnie jest cechą tylko pisowców. O, bynajmniej. Czy słyszeli Państwo, by którakolwiek z feministek, epatujących swą "wściekłością", wspomniała o fakcie, że wszelkie próby liberalizacji zakazu aborcji, czego się domagają, zostały w Polsce zdelegalizowane wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego? Nie Jarosława Kaczyńskiego, bynajmniej, który w tej kwestii jest mocno "piwotalny", ale profesora Zolla. Te same gremia, które spazmów dostawały jazgocząc o nieodwoływalności, niepodważalności każdej woli wyrażonej przez Trybunał Konstytucyjny oraz jego każdorazowego przewodniczącego, z dnia na dzień zamieniają oporniki na wieszaki i wychodzą na ulice odrzucać w słowach dosadnych, czy wręcz wulgarnych, jednoznaczne, ostateczne orzeczenie tegoż Trybunału, z czasów, gdy nie było tam pisowskich "dublerów", tylko wyłącznie sędziowie "niezawiśli", wybrani przez PO, PSL i SLD.

Jakoś nigdzie nie czytałem ani nie słyszałem o "obłąkańczej erupcji nienawistnej mizoginii" profesora Zolla - bo dzisiaj to nie "sapiący seksista", tylko wielki autorytet. Wielki, bo wali w Kaczora. Jeszcze większym bohaterem, a nawet świętym, jest Andrzej Rzepliński. Ten sam Rzepliński, którego na rok przed medialną kanonizacją wicenaczelny "Gazety Wyborczej", obecnie szefujący antypisowskiej szczujni zwanej "okopress", wzywał gniewnie do dymisji i nazywał piastowanie przez niego godności przewodniczącego Trybunału Konstytucyjnego niesłychaną hańbą. Bo Rzepliński był wtedy agentem Watykanu - przyjął był albowiem jakiś order od Papieża. Aż chciałoby się, żeby Rzepliński poszedł do PiS i zaczął sławić Kaczyńskiego, bo by mu wtedy ten order znowu przypomniano, jak Dudzie legitymację Unii Wolności. A inna bohaterka, pani sędzia Gersdorf? Wystarczyło, że poszła na zaprzysiężenie sędziego TK do Pałacu Prezydenckiego, a bohaterką być przestała. I wystarczyło, że się sama od siebie odcięła, tłumacząc "bezrefleksyjnością", a znowu nią jest. Ale jeśli pójdzie znowu, to różne okopresy i tefałeny zauważą niechybnie, że ta pani w ogóle nie ma żadnych kwalifikacji na tak odpowiedzialne stanowisko, i co ona wie o sądach, jak w ogóle nigdy nie była sędzią, tylko całe życie radcą prawnym, a sędzią zrobiono ją dopiero żeby została prezesem Sądu Najwyższego.

A jeśli po dzisiejszym spotkaniu z Prezydentem, na przykład, Komendant ogłosi, że Duda już nie jest Dudą, tylko jest znowu nasz, jak znowu nasz stał się przed wyborami zdrajca Ziobro, to dla pisowskiego pelikana Duda znowu stanie się ukochanym panem prezydentem, a dla peowskiego leminga pogardzanym "Adrianem".

Długo by wyliczać, począwszy od Lecha Wałęsy, niegdysiejszego "małego Mussoliniego", antysemity i chama z siekierą, który odkąd okazało się, że ta Matka Boska w klapie tylko dla picu, stał się największym polskim bohaterem wszech czasów. Ale nie aż tak wielkim, żeby "Agora" nie ocenzurowała go, kiedy się był wyraził o Aleksandrze Kwaśniewskim. To też ciekawe - kiedy Wałęsa twierdzi, że nie był Bolkiem, to mamy mu wierzyć, bo to mówi On, heros, znany na całym świecie, mający zagwarantowane miejsce w historii etc. etc. Ale kiedy ten sam Wałęsa mówi, że Kwaśniewski w 1995 został prezydentem tylko dlatego, że sfałszował wybory ("nie przegrałem wyborów tylko liczenie głosów", "Kwaśniewski sypał [w sensie: lewe głosy do urn]" itd., powtarzał to wielokrotnie) to wtedy to już nie żaden heros, któremu się bezwzględnie wierzy, tylko pieprzy coś dziadek, nie słuchajcie tego.

A Niesiołowski, kiedyś czołowy talib i ajatollah, na którym skupiała się cała furia salonu straszącego "państwem wyznaniowym"? A "Misiu" Kamiński? A mecenas Giertych, ten straszny faszysta, który chciał wyrzucić z lektur Gombrowicza - a dziś wygłasza kazania u zapatrzonej weń jak w ikonę Moniki Olejnik nawet częściej, niż Cimoszewicz i Palikot?

Żeby to tylko dotyczyło personaliów. Cały cyrk, jaki robią "obrońcy Konstytucji" wokół tego legislacyjnego bubla, jest godny pióra Mrożka albo nawet Witkaca. Przecież kto, u cholery, odpowiada za to, że Polską rządzi nie premier, nie prezydent, nie Trybunał, tylko zwykły poseł? Tyle te konstytucje czytaliście na głos, a nie zauważyliście? Tak, władza Jarosława Kaczyńskiego wynika właśnie z niej - a konkretnie z faktu, że jest ta konstytucja bublem. Kto jeszcze pamięta, jak powstawała, niech zaświadczy, że był to swoisty traktat rozejmowy między salonami Michnika i Kwaśniewskiego a Wałęsą, zawarty na gruncie wspólnej walki z próbami lustracji. A w traktacie takim, wiadomo, pozostawia się celowo kluczowe sprawy do rozstrzygnięcia na później. Dlatego Konstytucja, bardzo kwiecista tam, gdzie mowa o różnych gwarancjach socjalnych i prawach, będących czystym pustosłowiem, w punktach najistotniejszych odsyła do ustawy. Czyli do większości sejmowej. Nie trzeba jej łamać (jest zresztą tak niejasna, że nie wiem, czy w ogóle się da), wystarczy większość sejmowa i odpowiednia interpretacja. Dlatego oczywiście cały wrzask o Trybunał Konstytucyjny i kolejne, zapowiadane zmiany, jest tylko wrzaskiem i nic z niego nie wyniknie - a antypisowscy eksperci muszą brnąć w jakieś kuriozalne interpretacje, z których wynika, że PiS może i nie łamie litery prawa, ale łamie jego "ducha".

Zresztą, w tak żałosnym życiu politycznym jak nasze nawet łamanie ducha już nie dziwi. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje