​Ohyda molestowania - domniemanie niewinności

Odkąd w październiku tego - kończącego się popojutrze - roku w Hollywood wybuchła afera wokół osoby producenta Harveya Weinsteina, obserwujemy równolegle dwa zjawiska: jedno ozdrowieńcze, drugie niszczące dla życia publicznego.

Akcja w mediach społecznościowych, która w USA przybrała głównie formę #MeToo, a we Francji #BalanceTonPorc, doprowadziła do "wyzwolenia języka" nader licznych kobiet-ofiar molestowania seksualnego i agresji seksulanej. Liczba tych sygnałów idzie w miliony, co pokazuje, że niezależnie od dramatyzmu takich doświadczeń w wymiarze indywidualnym, mamy do czynienia z gigantyczną skalą zjawiska oraz, że zjawisko występuje nie tylko na poziomie tzw. nizin społecznych, gdzie wiele dałoby się wytłumaczyć (nie znaczy: usprawiedliwić) sytuacją materialną (biedą, czy wręcz głodem), ale także w rewirach, gdzie nikt głodny nie chodzi, ale gdzie toczy się walka o wielką sławę i o wielkie pieniądze. To byłby awers tej monety. Ale jest także rewers.

Reklama

Najlepiej pokazuje go przypadek Kevina Spacey’a, wykluczonego z filmu Ridleya Scotta "Wszystkie pieniądze świata" ("All the Money in the World"), którego premiera w USA odbyła się 22 grudnia, we Francji - wczoraj, a w Polsce odbędzie się 26 stycznia 2018. Kevin Spacey, obwiniony o wiele nadużyć seksualnych, został z tego filmu usunięty na sposób iście orwellowski: był, a jakoby go nie było. Kręcenie scen do "Wszystkich pieniędzy świata" było już ukończone, kiedy zapadła decyzja o "wygumkowaniu" Spacey’a. Producent najwyraźniej uznał, że gwiazdor, który dotąd był wartością dodaną przedsięwzięcia, będzie odtąd obciążał jego hipotekę. Inaczej mówiąc, ucierpi marka, co spowoduje wycofywanie się sponsorów i inne niedogodności. Producent ocenił, że bardziej mu się opłaca wyłożyć dodatkowe 10 mln dolarów na ponowne nakręcenie wszystkich scen, w których występował Spacey, niż wystawianie się na takie ryzyko. Tak też i zrobił, w filmie nie ma śladu po Spacey’u, który jeszcze dwa miesiące wcześniej był jego gwiazdą w wymiarze artystycznym i głównym atutem w wymiarze biznesowym.

Zwolennicy sprawiedliwości ludowej są tym ukontentowani. A przecież sprawy nie mają się tak prosto.

Czym innym jest oskarżenie na Facebooku, czym innym zaś skazanie przez sąd. W tym wypadku jeszcze nie przeprowadzono śledztwa, jeszcze nie postawiono aktorowi zarzutów karnych, ani roszczeń cywilnych. A cóż dopiero mówić o wyroku skazującym lub uznającym zasadność roszczeń? Tymczasem, to co spotkało Spacey’a, można śmiało nazwać infamią, która w normalnym biegu rzeczy jest skutkiem wyroku sądowego, tu zaś jest skutkiem nawet nie wyroku medialnego, lecz wyroku mediów społecznościowych. Kevin Spacey jest po trosze w sytuacji Kafkowskiego Józefa K. oskarżonego nie wiadomo przez kogo i z jakiego dokładnie paragrafu.

Różnica między tradycyjnymi mediami a mediami społecznościowymi też gra tutaj pewną rolę. W tradycyjnej gazecie, mimo dążenia do poczytności (zwiększenia sprzedaży) silne jest, mimo wszystko, przekonanie, że rolą prasy jest raczej opisywanie faktów niż ferowanie wyroków. Starzy dziennikarze tradycyjnych mediów mieli gdzieś z tyłu głowy wdrukowane przekonanie o domniemaniu niewinności. Ta zasada - naturalnie - inaczej się przejawia w działaniu wymiaru sprawiedliwości, inaczej w prasie, bo nie może tej drugiej uniemożliwiać pisania o zarzutach, dopóki nie zapadnie wyrok, ale jednak skłania do pewnej powściągliwości. Użytkownik mediów społecznościowych, w pewnym sensie pełni rolę dziennikarza, ale nie ponosi odpowiedzialności za słowa, które publikuje i - w ogromnej większości przypadków - nie zawraca sobie głowy zasadą domniemania niewinności, choćby stosowaną w tak zredukowanej postaci, jak to robili starzy dziennikarze w tradycyjnych mediach. Tu mamy tylko siłę przekonań. I proste rozumowanie, które prowadzi do szybkich konkluzji.

A ponieważ media społecznościowe są dostępne niemal dla wszystkich, to one stały się wyrazicielem opinii publicznej i zastąpiły w tej roli tzw. media opinii, czyli tytuły, które wskutek dziesięcioleci rzetelnej pracy dziennikarskiej zdobyły sobie taką pozycję. Media opinii wiele razy zawahały się, zanim ogłosiły kogoś winnym. Użytkownicy mediów społecznościowych takich wahań nie mają, a za pomocą kampanii w rodzaju #MeToo uruchamiają coś w rodzaju ludowego wymiaru sprawiedliwości.

Żeby uniknąć nieporozumień, zastrzegam się: wszelkie formy nadużyć seksualnych, od niesmacznych żartów poczynając, a na zmuszaniu do seksu kończąc, uważam za ohydę. Jednak świadectwo molestowania ogłoszone na Facebooku jest czymś innym, niż prawomocny wyrok sądu. Inaczej mówiąc, świadectwo ogłoszone na Facebooku może być wyssane z palca, podczas gdy wiarygodność wyroku sądowego jest nieskończenie większa.

W końcu to raczej niezależne sądownictwo, a nie Facebook (przy wszystkich jego dobrodziejstwach), jest znamieniem cywilizowanych społeczeństw. Nie powinniśmy zacierać tej różnicy.

Roman Graczyk 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje