Po brukselskiej wiktorii – po brukselskiej klęsce

Nie podobała mi się dzika radość moich kolegów/koleżanek lemingów na wieść o wyniku posiedzenia Rady Europejskiej w ubiegły czwartek. Owszem, sam uważałem, że pomysł z kandydaturą Jacka Saryusza-Wolskiego był niedorzeczny; owszem, uważałem, że nie ma sensu wojować z Tuskiem jako kandydatem. Ale to, co ukazało się moim oczom, tego dnia, kiedy premier Beata Szydło doznała w Brukseli upokorzenia, to było jak radość kiboli fetujących zwycięstwo swojej drużyny.

Kibole bowiem tym różnią się od kibiców, że paląc flagi i w inny sposób poniżając pokonaną drużynę przeciwnika, odmawiają jej wszelkiego uznania, podczas gdy kibice cieszą się ze zwycięstwa nad drużyną, wobec której mają respekt.

Reklama

Otóż - moi koledzy/koleżanki lemingi, dając wyraz swojej kibolskiej nienawiści do rządu, nie zauważyli, że sami podążają w ten sposób na myślowe manowce. "Rząd przegrał w Brukseli sromotnie, ale Polska wygrała!" - tak dałoby się streścić lemingowe analizy z czwartku wieczora, 9 marca. Sęk w tym, że to tak nie działa. Polska nie wygrała, bo obserwując tę potyczkę z zewnątrz, w tym wypadku z Europy, widać tylko, że Polacy dopuścili do władzy rząd, który prowadzi określoną politykę w Unii Europejskiej. Skoro Polacy dopuścili do władzy taki rząd, skoro taka rzecz stała się nad Wisłą - rozumują europejskie elity polityczne i europejska opinia publiczna - to znaczy, że to jest kraj, do którego nie można mieć pełnego zaufania. Niszczenie sądu konstytucyjnego i przedstawianie tego na forum Unii jako obrony zasad europejskich, jest dziwactwem, które obciąża kraj, w którym takie rzeczy są możliwe, a nie tylko rząd, który je realizuje. W tym sensie, Moje Drogie Lemingi, wasza radość z upokorzenia pani premier Szydło przesłania wam zdolność chłodnej analizy. Emocje szkodzą myśleniu.

Ale nie podobało mi się także obracanie kota ogonem przez moich kolegów/moje koleżanki PiS-iorów, którzy natychmiast jęli powtarzać za Prezesem jak za panią matką, że - w istocie rzeczy - rząd odniósł w Brukseli sukces. Wprawdzie wygląda ten sukces jak klęska, ale jest w rzeczywistości sukcesem, bo Polska broni zasad, które Europa niszczy - powiadają, za Prezesem, moje PiS-iory. Polska samotnie stawiła czoła europejskiej bucie i poległa, ale z tej szlachetnej ofiary narodzą się owoce i dla Polski, i dla Europy, której wartości to Polska właśnie, wbrew Europie, musi bronić - dodają, rozwijając tamtą myśl. Szczerze mówiąc, ta mowa ociera się o kabaret. O ile lemingowe błądzenie po omacku wynika z oszołomienia ze zwycięstwa Tuska i porażki Szydło, o tyle tu jest osadzone głębiej w starym polskim przekonaniu o naszej wyższości nad zgniłym Zachodem i - czasem - o naszej misji ratowania tegoż Zachodu przed osunięciem się w kompletną moralną nicość. W ostatnich dniach najbardziej dobitnie wyraził tę myśl na stronach wPolityce.pl Andrzej Nowak.

Zasadniczo to myślenie jest mi obce, ale uznaję, że jest w nim jakieś twarde jądro - coś czego nie powinno się zlekceważyć, polemizując z Nowakiem.

Dlaczego to myślenie jest mi obce? Bo ono wyraża całkowite  niezrozumienie, czym jest sama idea Unii Europejskiej. Polska nie przystępowała w roku 2004 do UE jako związku państw. Unia nie była - zresztą - nigdy organizacją międzynarodową, a po przyjęciu traktatu z Maastricht stała  się zaawansowaną wspólnotą polityczną, gdzie pewna liczba wspólnych polityk jest już prowadzona, a proces dalszej integracji jest wpisany w samą logikę tego związku. Andrzej Nowak, a za nim z pewnością więcej niż połowa Polaków, doskonale ignoruje tę wiedzę. W tym sensie można powiedzieć, że Polska wstąpiła do Unii, ale Polacy w większości nie wiedzieli, do jakiego związku Polska wstępuje, a z pewnością nie był to związek państw, typu ONZ. Z tego, co powyżej napisałem nie ucieszą się moi koledzy/koleżanki PiS-iory. Moje Drogie PiS-iory, czy naprawdę wierzycie w to, że Bruksela jest współcześnie choćby odległą analogią Moskwy w czasach bloku sowieckiego w Europie?

Jednak jeśli moi koledzy/koleżanki lemingi przeczytawszy powyższe, zakrzykną: "Na pohybel Nowakowi!", to spotka ich z mojej strony zawód, bo ja dostrzegam w tym myśleniu jakiś elementarny sens. Okcydentalizm nie musi bowiem oznaczać akceptowania wszystkiego, co się w zachodniej myśli narodzi. Bywa że rodzą się tam rzeczy, z których potem rosną kłopoty. My tu, na Wschodzie, na własnych plecach - na przykład - poczuliśmy, jak realizuje się marksowska idea wyzwolenia klas uciśnionych. Dziś widzimy - to inny przykład - ideologię gender i jej dewastujące skutki już nie tylko dla utrwalonej struktury społecznej (rodzina), ale dla samej istoty człowieka (tożsamość płciowa). Tak więc Polska ma dobry powód, żeby mówić w takich razach: tego u nas nie chcemy. Tylko, czy naprawdę o tego rodzaju obronę samodzielności Polski chodzi w sporze z Komisją Wenecką i Komisją Europejską w procedurze ochrony praworządności, czy o taką obronę samodzielności Polski chodziło w sporze o fotel przewodniczącego Rady Europejskiej? Nie żartujmy.

Jak widzicie, w tych sprawach jestem centrystą. Co, oczywiście, nie znaczy, że prawda zawsze leży pośrodku. Ale zawsze leży ona gdzieś pomiędzy egzaltowanym niemiarkowaniem z lewa i egzaltowanym nieumiarkowaniem z prawa.

Roman Graczyk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje