Poker z Targowicą

„Patrz na przedstawienie, ale myśl, jak się ono ma do samej rzeczy” – uczył młodego karciarza Wielki Szu, brawurowo zagrany przed laty przez Jana Nowickiego. Poker to przedstawienie, w którym należy zyskać przewagę nad przeciwnikiem – w ten czy inny sposób. Albo grając znaczonymi kartami, albo je chowając po rękawach, albo, jeśli sposoby „techniczne” i „iluzyjne” zawiodą, wyprowadzając przeciwnika z równowagi, „zabierając mu nerwy”.

Telewizja powtarza czasem ten film, ale zdecydowanie za rzadko. Na spektakl międzynarodowej polityki - a polityka to gra bardzo do pokera podobna - Polacy patrzą z wyjątkową naiwnością, uparcie chcąc wierzyć, że nie ma tam żadnego drugiego dna, że chodzi wyłącznie o to właśnie, co uczestnicy głośno deklarują. Traktujemy przedstawienie śmiertelnie poważnie, a istoty rzeczy nie chcemy przyjąć do wiadomości.

Reklama

Swoje robi w tym, oczywiście, zacietrzewienie toczonej w Polsce - jak w każdym kraju postkolonialnym, pisałem o tym wielokrotnie - wojny pomiędzy kompradorską elitą a trzymającymi się swojskości tubylcami. Szczególnie na obecnym etapie. Przegrywająca w kraju elita uchwyciła się jak ostatniej deski ratunku zagranicy. Wierzy, że interwencja Unii Europejskiej, a bardziej jeszcze Stanów Zjednoczonych, zdyscyplinuje krnąbrny kraj, i to na dwa sposoby. Po pierwsze, zagranica nałoży na rząd jakieś sankcje i zmusi go w ten sposób do ustępstw w sprawie Trybunału Konstytucyjnego, który establishment Okrągłego Stołu, nawet się z tym nie kryjąc, uważa za swój ostatni bastion i zaporę przed zmianami. Po drugie - strofowanie płynące z Berlina, Brukseli i Waszyngtonu okaże się skuteczniejsze od strofowania rodzimych autorytetów, i pod jego wpływem tubylcy zawstydzą się i zagłosują na tych, których im palcem wskaże Biały Człowiek, jakim się w kolonialnej, pańszczyźnianej mentalności Polactwa jawi Niemiec czy Amerykanin. 

Obie te nadzieje są chybione, ale dziś skupmy się na pierwszej. Sam fakt, że Grzegorzowi Schetynie czy Ryszardowi Petru, nie mówiąc już ludziach pokroju Jarosława Kurskiego i Mateusza Kijowskiego, coś podobnego się w głowach roi świadczy o kompletnym nie zrozumieniu przedstawienia, o samej rzeczy nie mówiąc.  

Pierwsze bowiem, co powinien zrobić polityk na miejscu liderów antypisu, to zadać sobie pytanie: a dlaczego miałby Zachód nam pomagać w obalaniu polskiego rządu? Tego pytania - mam nadzieję - w ogóle sobie oni nie zadali. Piszę "mam nadzieję", bo jeśli się mylę i, owszem, zadali je sobie, znaleźli odpowiedź, i mimo to robią to co robią, to nie ma dla nich stosownej kary w aktualnym, europoprawnym kodeksie.

Dlaczego więc Zachód miałby cofnąć w Polsce wynik wyborów? Wedle kwestii wygłaszanych w Przedstawieniu, dlatego, że naruszamy "demokratyczne standardy". A Zachodowi na demokratycznych standardach zależy jak na niczym innym. Zachód, kiedy widzi, że gdzieś te standardy są łamane, to po prostu nie może nie zrobić wszystkiego, aby je zaraz przywrócić.

Ręce opadają, bo cóż na to powiedzieć w dniu, gdy media donoszą o "niezwykle serdecznym" spotkaniu Johna Kerry’ego z Władimirem Putinem? Niecałe dwa tygodnie po szczycie, na którym Unia Europejska dopieściła kasą i obietnicami wizowo-akcesyjnymi równie bezceremonialnie łamiącego wszelkie prawa ludzkie Recepa Erdogana?

Owszem, Zachód bardzo dba o prawa człowieka gdy łamie je wrogi im Husajn albo Kadafi, ale gdy to samo robią - na przykład - sprzymierzeni Saudowie, to jakby o nich zapomina. Coś by o tym mogli powiedzieć Kurdowie, których parę lat temu podbechtywano do powstania (zupełnie tak, jak nas w XIX wieku) a teraz, gdy zrobili swoje, cały świat odwrócił wzrok by nie wiedzieć, jak się to dla nich kończy (też zupełnie tak samo). Taka jest polityka, liczą się w niej tylko dwa pytania: "co nam możesz dać" i "co nam możesz zrobić". Wymierne, konkretne interesy. Reszta jest pozorem.

Dlaczego Stany Zjednoczone chętnie podchwyciły zaproszenie tutejszej opozycji politycznej (sorry, ale w tym kontekście "polskiej opozycji" jakoś z trudem przechodzi przez pióro) do dyscyplinowania, na razie słownego, rządu PiS w sprawie Trybunału Konstytucyjnego? Bo naprawdę kwestia publikacji wyroku jest tak ważna dla systemu amerykańskich wartości?

Bez jaj. Właśnie umarł w USA jeden z sędziów Sądu Najwyższego, pełniącego tam te same funkcje, co u nas Trybunał. Akurat jeden z tych, który zapewniał konserwatystom minimalną przewagę nad liberałami - 5 głosów do 4. Republikanie natychmiast podnieśli krzyk, że Barack Obama jako prezydent na wylocie nie ma moralnego prawa mianować następcy, powinien to zostawić kolejnemu prezydentowi, daj Boże konserwatywnemu. Obama ich olał i natychmiast mianował sędziego-liberała. Ale aby sędzia był sędzią nie wystarczy prezydencka nominacja, musi zostać jeszcze zatwierdzony przez Senat, a w tym celu przejść procedurę przesłuchania przed senacką komisją. Więc Republikanie, mający w Senacie większość, ogłosili, że nie wyznaczą terminu przesłuchania, aż się zmieni prezydent i wyznaczy innego, konserwatywnego sędziego. No i co?

Najśmieszniejsze, że uczestniczy w tej obstrukcji, będącej niczym innym niż sparaliżowaniem Sadu Najwyższego USA na co najmniej 8 miesięcy, senator McCain, ten właśnie, który tuż przed śmiercią wspomnianego sędziego sygnował list "dyscyplinujący" Polskę w sprawie naszego sporu o Trybunał. Ten list, o którym antypis trąbił z dumą, ciesząc się jak głupi.

No dobrze, więc skoro jednak nie chodzi o "standardy" i zasady, to dlaczego Amerykanie zaangażowali się w naciski na polski rząd, spełniając w tym względzie oczekiwania opozycji?

Pewności mieć nie mogę, ale widzę co najmniej dwa powody. Pierwszym jest upchnięcie w Polsce rakiet Patriot. Nowy rząd, który ocenił przydatność francuskich caracali, prawdopodobnie ocenił i ten cud techniki sprzed pół wieku. A że po F-16 i zwłaszcza po sławnym "offsecie", który tej transakcji towarzyszył, Amerykanom nie mogło się handlowanie z Polską nie spodobać, jest to poważny powód by posłuchać namów i zatroskać się o polską demokrację.

Drugim powodem jest TTiP - umowa, będąca obok rzekomej walki z "globalnym ociepleniem" i limitów CO2 jednym z milowych kamieni na drodze podboju i rekolonizacji uboższej części świata przez zachodnie oligarchie. Polska ma narzędzia, by jej przyjęcie przez UE blokować, więc z punktu widzenia mocarstwa nic bardziej wskazanego, niż dać jej po łbie i obiecać, że jak te narzędzia odda, to przestanie być bita.

To dwa powody, które rzucam na dzień dobry, ale jestem pewien, że jeśli przyjrzeć się uważniej, znajdzie się ich dziesiątki. Szczególnie ze strony Niemiec i Unii Europejskiej. Oczywiście, w walce z polskim rządem na pierwszej linii są ideologiczni wariaci, pragnący na całym świecie zaprowadzić gender, wegetarianizm i tolerancję - ale nawet oni, jak pokazuje przykład Guya Verhofstadta, potrafią lewackie ideolo łączyć z torowaniem drogi do miliardów różnym korporacjom, w radach nadzorczych których mają swoje obficie bijące źródełka z hajsem. Ci z tylnych szeregów całkiem już skupiają się na sprawach pragmatycznych. Nad Wisłą zbuntowani tubylcy chcą umniejszyć nowymi podatkami zyski banków i innych korporacji, czyż już samo to nie jest wystarczającym powodem, by wyłożyć kasę, zaangażować pijarowców i zmobilizować kontrolowane przez siebie media do walki z zagrażającym Polsce "faszyzmem"? A przecież tych powodów jest znacznie więcej, każdy segment rynku to możliwość wyduszenia z głupich Polaków dodatkowej daniny ubogacającej Europę. Sami sprzedali swoje banki, sami wygasili swój przemysł, sami pozwolili objąć nad sobą rząd dusz różnym Ringerom-Springerom, wiernie służących interesom kasty właścicieli Europy...

Kraj taki jak Polska jest szczególnie narażony na rozmaite naciski i lobbingi. Może się przed nimi obronić, jeśli ma świadomość swoich interesów i istnieje w jego elitach zgoda - consensus, mówiąc mądrze - co do Dobra Wspólnego. Właśnie dlatego z punktu widzenia Zachodu mieć dziś w Polsce kogoś takiego jak Schetyna z jego nowoczesnym giermkiem to prawdziwy dar losu. PiS porównuje opozycję z Targowicą, i są faktycznie podobieństwa - moim zdaniem największym jest to, że Szczęsny Potocki i Branicki też za grosz nie rozumieli, jakim interesom podali rękę i naiwnie wierzyli, że Katarzyna oraz Fryderyk chcą tylko zrobić, "żeby znowu było tak jak było" i zlikwidowawszy zagrożenie dla demokracji szlacheckiej wycofają się.

Ale moim zdaniem dzisiejszy antypis bardziej ma mentalność Radziejowskiego i innych magnatów-warchołów, którzy, kiedy im czymkolwiek podpadł suweren (wtedy był nim król, nie wyborca) uciekali na obce dwory i stamtąd prowadzili intensywny lobbing, w gruncie rzeczy mający na celu tylko jedno - przywrócenie ich do wpływów. Za jaką cenę? Za taką, jaką będzie trzeba zapłacić - oddać obcemu protektorowi jakąś prowincję, podpisać korzystny dla niego, a niekorzystny dla Polski traktat, co tam jeszcze.

Opowieści o wyrzuceniu Polski z Unii czy obcięciu dotacji to oczywiście bajki dla frajerów, nie ma takiej możliwości. Ale w dziesiątkach konkretnych spraw, gdzie nas Unia i USA dymają na konkretne pieniądze, sam fakt biegania polskiej opozycji na skargę za granicę, sam fakt braku jakiejkolwiek elementarnej zgody co do polskich interesów, powoduje wymierne straty. Rząd Polski, jakikolwiek by to był rząd, powinien w tego światowego pokera grać tak, żeby jak najwięcej dla Polski wygrać - a tu przeciwnicy od razu mogą liczyć na kogoś, kto wcina się w licytację, niwecząc ewentualne polskie blefy i wręcz zmuszając rząd do ustępstw. 

Jeśli antypisowcy sobie z tego nie zdają sprawy, to świadczy o nich bardzo źle. Jeśli to wiedzą - jeszcze gorzej. 

Dowiedz się więcej na temat: Rafał Ziemkiewicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje