Prezydent z PiS-owskiej czytanki

Początek prezydentury Andrzeja Dudy mnie nie zaskoczył, tak jak nie zaskoczyło mnie jego majowe zwycięstwo. Prezydent jest dokładnie taki, jak z PiS-owskiej czytanki. I przez najbliższe miesiące taki będzie. Posłuchajmy, co mówi i spójrzmy co robi.

Mówi, że państwo jest w złym stanie i trzeba je naprawić. I żeby je naprawić, musimy to czynić wspólnie, w zgodzie. Więc trzeba zjednoczyć Polaków, bo po 10 kwietnia wszyscy byliśmy zjednoczeni, a potem "ktoś" nas skłócił.

Reklama

To tylko z pozoru dość ogólne i niewinnie wyglądające opinie. Bo przecież trzeba je czytać "politycznie". Dla Dudy państwo jest w złym stanie dlatego, że rządzi Platforma Obywatelska. Formacja tych, co układali się przy Okrągłym Stole (że przy tym meblu zasiadali bracia Kaczyńscy, a Bronisław Komorowski był przeciw takim porozumieniom - to nie ma znaczenia).

Platforma Polskę niszczy, wyprzedaje, wyzyskuje (sama, i do spółki z PSL-em, obcym kapitałem i kapitałem nomenklaturowym). W wersji soft brzmi to trochę inaczej - mówi się, że nie wykorzystuje istniejących możliwości. Ale wersja soft - pamiętajmy - jest tylko na użytek zewnętrzny, żeby nie wystraszyć... Więc gdy PiS śpiewa "ojczyznę wolną, racz nam wrócić Panie...",  to wiadomo, że chce ją wyzwolić od tych złych i sprzedajnych rządów.

Owszem, Andrzej Duda jest bardziej powściągliwy, nie mówi o wyzwoleniu, mówi o "naprawie". I zaraz dodaje, że zna kompetencje prezydenta, że jeśli chodzi o "naprawę", to raczej jest to sprawa rządu. Czyli, gdy będziemy mieli "swój" rząd, wszystko ruszy z kopyta. "Swój", czyli rząd, którego premierem będzie Beata Szydło, i który będzie miał większość w parlamencie.

Więc gdy Andrzej Duda, już jako prezydent Rzeczpospolitej, wyrusza w objazd polskich miast i miasteczek, zamiast europejskich stolic (co tam europejskie stolice!), to nie ma w tym przypadku.

Ma bowiem do wykonania zadanie. On o tym wie, dlatego nie meldował w wieczór wyborczy "melduję prezesie wykonanie zadania!", bo to jeszcze nie ten etap. Przed nim bowiem są wybory parlamentarne. A to oznacza, że do 25 października prezydent będzie motorem kampanii wyborczej PiS. Niczego innego po nim się nie spodziewajmy.

On będzie, swoimi inicjatywami, osłabiał rząd Ewy Kopacz, co chwila będzie stawiał ją w niekomfortowej sytuacji, tak jak teraz, gdy mówi, że chce dać 500 zł na każde biedne dziecko, tylko rząd nie chce o tym rozmawiać. Jednym słowem, walczył będzie o jak najlepszy wynik partii Jarosława Kaczyńskiego.

Ha! Dlaczego nie ma w nim pokusy, by od PiS-u się dystansować, by budować własną pozycję? Przecież jako arbiter miałby najwięcej władzy...

Pewnie dlatego, że Andrzej Duda wciąż mentalnie czuje się ministrem w Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. On należał do tamtego staffu, uczestniczył w życiu tamtej Kancelarii, w naradach, w dyskusjach. Wspólnie się cieszył i wspólnie oburzał. Jest przesiąknięty tamtym myśleniem. I wciąż więcej w nim prezydenckiego urzędnika niż prezydenta.

On - takie odnoszę wrażenie - rzeczywiście głęboko wierzy, że Lech Kaczyński był wielkim mężem stanu, a ci wszyscy, którzy mówią inaczej, że był  przeciętnym prezydentem, o ograniczonych horyzontach, to albo są z innego obozu, więc są wrogami z definicji, albo zostali otumanieni przez złą propagandę.  

To doskonale widać, gdy Andrzej Duda zapowiada działania związane z walką o dobre imię Polski za granicą, z polityką historyczną, a przede wszystkim z "odbudową jedności" Polaków. Gdy mówi: po 10 kwietnia byliśmy zjednoczeni i ktoś to popsuł. Kto popsuł?

Przecież wiadomo kto, przecież nie PiS, nie "rodziny smoleńskie", nie Ewa Błasik ani Małgorzata Wassermann, tylko ci wszyscy, którzy się nie dołączyli, do krzyża na Krakowskim Przedmieściu i do zespołu Antoniego Macierewicza.  

Dla prezydenta, i on w to wierzy, jedność jest więc wtedy, kiedy wszyscy są tacy jak on. Kiedy zgadzają się z poglądami wychodzącymi z wnętrza PiS-u.

Więc gdy chce tę jedność budować, to wyobraża sobie, że będzie (dobrotliwie, a jakże!) tych innych, te zagubione owieczki zbierał i zaganiał do stada. Gdzieś tam, do tylnych szeregów, bo przecież błądziły, nie mają tego kryształu w życiorysie.

Ten jego sposób pojmowania "jedności" to nic nowego. W czasach Polski Ludowej też mówiono o jedności narodu. Twardym rdzeniem tej jedności była Partia, czyli PZPR. A tym "nie do końca przekonanym" łaskawie oferowano miejsca w dalszych szeregach, w tzw. stronnictwach sojuszniczych, organizacjach katolików postępowych, albo w gronie "bezpartyjnych fachowców".

Po roku 1989 sytuacja się odwróciła - z nadania historii elitą zostali ci, którzy mieli dobry życiorys w "Solidarności", w podziemiu, a pariasami byli ci z PZPR. Owszem, mogli być dyrektorami departamentów, ale nie wyżej, bo mieli życiorysową skazę. Więc czasami "solidarnościowy" minister łaskawie pochwalił jednego lub drugiego komucha, ale pilnie baczył, by ten znał swoje miejsce w szeregu. Tu szlachta, a tam włościanie.

Teraz, o takiej "jedności", ale na swoją modłę, opowiada Andrzej Duda. I tak to pojmują jego zwolennicy, którzy w dniu zaprzysiężenia wołali "nasz prezydent!", a jednocześnie lżyli "nie swoich" prezydentów - Lecha Wałęsę, Aleksandra Kwaśniewskiego i Bronisława Komorowskiego.

To dowodzi, że - po pierwsze - w Polsce nie nauczyliśmy się, że jesteśmy różni i to akceptujemy, i mamy równe prawa, a po drugie - że dotarła do nas fala autorytaryzmu, która przelewa się przez wschodnią i środkową Europę. W której hasła silnej władzy, która się opiekuje, narodowej dumy, przekonania, że obcy czyhają i chcą nas wykorzystać i okraść, są obecne nie tylko w dyskursie publicznym, ale i w głowach rządzących. Czasami z tego wychodzą rzeczy straszne i śmieszne zarazem, co widać na przykładzie prezydenta Putina, ale to temat na inną opowieść.

My rozmawiamy o prezydencie Andrzeju Dudzie i jego politycznych zamierzeniach. O tym, jak chce pokonać Platformę i wyrwać z jej rąk rząd, i jak wyobraża sobie władzę PiS, i najbliższe lata. Że będzie - jak lamentował niedawno jeden z mainstreamowych dziennikarzy - "okropny".

Nie powiedziałbym tego. Raczej uważam, że to Platforma była (jest) tak okropna, tak bezczelna ze swoimi rautami, ośmiorniczkami, układami, cwaniakowaniem, że Polacy (a przynajmniej znaczna ich część)  zamknęli oczy i powiedzieli: dość.

Więc nie ma sensu narzekać na Dudę, bo niczym nie zaskakuje, lepiej wziąć głęboki wdech i powiedzieć tym z PO: sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało!

Dowiedz się więcej na temat: Duda

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje