Saryusz-Wolski za Tuska czyli pojmowanie polityki jako religii

Awantura o nie-wybranie Donalda Tuska na drugą kadencję na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej (tak to trzeba nazwać, bo przecież nie chodzi o wybranie Jacka Saryusza-Wolskiego) ma – wbrew temu, co się przeważnie mówi, także wymiar europejski.

Naturalnie, wymiar krajowy jest szalenie istotny, chodzi o dobitne zademonstrowanie wobec twardego elektoratu Prawa i Sprawiedliwości, że walka z potworem Tuskiem nie ma granic, nie kończy się w Polsce, lecz Tusk będzie ścigany także za granicą.

Reklama

Wierni wyborcy PiS-u zapewne wierzą w zarzuty stawiane Tuskowi dawniej (że nie zabiegał w Brukseli o polskie interesy) i ostatnio (że działał w Brukseli na szkodę polskich interesów oraz że włączył się aktywnie w zwalczanie rządu polskiego). Nie zmienia to faktu, że te zarzuty są nonsensowne.

Te dawniejsze, bo przewodniczący Rady Europejskiej nie reprezentuje w Radzie interesów kraju pochodzenia, tylko próbuje posklejać do kupy interesy 28 (wkrótce 27) państw członkowskich. Kto podtrzymuje taki zarzut, nie rozumie, czym jest Unia Europejska.

Te nowsze dlatego, że stanowisko Tuska w sprawie kryzysu migracyjnego było - wbrew jego krytykom - realistyczne, odległe od ówczesnej niemieckiej polityki "otwartych drzwi". Tusk publicznie skrytykował za tę politykę panią kanclerz Angelę Merkel, publicznie opowiedział się za wzmocnieniem zewnętrznych granic Unii. Czyli: w tym sporze jasno określił się za zatrzymaniem fali uchodźców.

Natomiast czym innym był stosunek do tych uchodźców, którzy w 2015 r. już dostali się do Europy. Chodziło o to, co z nimi zrobić. I tu Tusk opowiedział się za polityką kwotowego rozdzielania ich pomiędzy kraje członkowskie. Niektórzy komentatorzy widzą problem tak prosto, jak przywódcy PiS-u: stara Unia tych ludzi zaprosiła/ skłoniła do przyjazdu/ nie przeciwdziałała ich przyjazdowi, niechże więc teraz stara Unia sama sobie z tym problemem poradzi. Stanowisko to jest - przepraszam za słowo - tak proste, że aż prostackie. W każdym razie kłóci się z przyjętą od początku w Unii zasadą solidarności.

Nasz unijny sąsiad ma kłopot? Uważamy, że sąsiad popełnił błędy, upominamy go (wytykając te błędy), ale nie odmawiamy pomocy. Owszem, na naszą skalę (Polska miała przyjąć 7 tys. osób), na naszych warunkach (Polska miała sama zdecydować, kogo przyjmie, a komu przyjęcia odmówi), ale pomagamy. Pozycja PiS-owska polegająca na prostym odwróceniu się plecami do kłopotów naszych partnerów jest drastycznym zamanifestowaniem braku solidarności. Owszem, tak można zrobić, ale nie należy się potem dziwić, że nasi partnerzy z Unii potem przestają okazywać nam sympatię.

Zarzut, że Tusk aktywnie zwalczał rząd polski polega na nieporozumieniu, albo stawiany jest w złej wierze. Zapytajmy: czy Tusk jaki szef RE mógł nie bronić zasad, na których Unia jest ufundowana, w sytuacji, gdy rząd polski te zasady systematycznie łamie?   

Nie wiem o tej godzinie (dochodzi południe w czwartek, pierwszy dzień unijnego szczytu w Brukseli), jak dalece Polska zostanie zdezawuowana w tej sprawie, ani jak zareaguje, gdy znajdzie się w mniejszości lub w osamotnieniu. Jednak już sam fakt, że poważnie rozważa się, że pani premier Szydło nie podpisze konkluzji szczytu, jest wymowny. Co to znaczy?

Świadczy to o tym (jak dziesiątki innych gestów i decyzji w sprawach Unii, odkąd PiS doszedł do władzy), że PiS nie akceptuje samych fundamentów, na których Unia jest oparta. Wybór przewodniczącego RE dokonuje się większością kwalifikowaną, to rozstrzyga sprawę dla każdego, kto uznaje reguły: przegrałem, ale wedle przyjętych reguł, które respektuję, a zatem uznaję wynik, chociaż byłem przeciwnego zdania. A co zapowiada polski rząd? Przewrócenie stolika, gdy Polska przegra głosowanie.

To mówi wszystko o stosunku PiS-u do całego tego przedsięwzięcia, jakim jest Unia, a które oparte jest na lojalności, solidarności i przestrzeganiu reguł. Zaś ściganie Tuska, nawet za cenę wyboru na stanowisko szefa RE kogoś spoza regionu Europy Środkowej, świadczy o tym, że traktuje się politykę jak walkę o ostateczną prawdę. A właściwie o Prawdę - czyli w sensie religijnym. To cofa nas o kilka wieków w rozwoju europejskich doktryn politycznych.  

Roman  Graczyk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje