​Złudna i niebezpieczna

Obywatelska inicjatywa legislacyjna, czyli możliwość zgłoszenia projektu ustawy przez grupę 100 tys. obywateli, to narzędzie złudne i niebezpieczne, o czym się ostatnio przekonaliśmy.

Łudzi upodmiotowieniem zwykłych obywateli, uniezależnieniem ich od decyzji podejmowanych przez polityków, bezpośrednim wpływem na kształt prawodawstwa. To złudzenie, bo taki obywatelski projekt można jednym poselskim głosowaniem wyrzucić do kosza, jak to się po raz kolejny potwierdziło. Niebezpieczeństwo zaś tkwi w tym, że po narzędzie to sięgają szczególnie ochoczo środowiska uważające się za niereprezentowane w organach ustawodawczych, czyli na ogół skrajne. Nieprzypadkowo projekt dopuszczenia aborcji na życzenie dla nastolatek zderzył się w Sejmie z apelem o całkowity jej zakaz dla wszystkich.

Reklama

Bo w prawie 40-milionowym społeczeństwie można zebrać 100 tys. podpisów pod dowolnym wnioskiem i apelem, a więc także wzajemnie sprzecznymi. O poszerzenie dostępu do broni palnej i o zakaz polowań. O legalizację marihuany i zaostrzenie kar za handel narkotykami. O swobodę picia piwa w miejscach publicznych i o ograniczenie dostępu do alkoholu. O zamknięcie sklepów w niedziele i o pozostawienie swobody handlu. O wejście do strefy euro i o wystąpienie z Unii Europejskiej. O przywrócenie kary śmierci i o utrzymanie zakazu jej stosowania. O wycofanie religii ze szkół i jej tam pozostawienie. O przyjmowanie uchodźców i o ich niewpuszczanie. Itd., itp.

Dla rozmaitych aktywistów i działaczy politycznego marginesu obywatelska inicjatywa ustawodawcza, czyli organizowanie akcji zbierania podpisów, to możliwość pokazania się i zaistnienia w przestrzeni publicznej. Ugrupowanie Barbary Nowackiej nie jest odnotowywane w sondażach społecznego poparcia, a o istnieniu Ordo Iuris mało kto słyszał, lecz sejmowe wystąpienie tej pierwszej i walkę tego drugiego o zakaz aborcji odnotowały wszystkie media. Dla legislatorów to jednak ogromny kłopot, gdy dostają do rozpatrzenia sprzeczne ze sobą wnioski, zwłaszcza jeśli pod żadnymi sami by się nie podpisali, bo mają inny, na przykład kompromisowy punkt widzenia na daną sprawę (picie piwa tylko w wyznaczonych miejscach publicznych, aborcja tylko z określonych powodów i w uzasadnionych przypadkach, marihuana tylko na receptę itp.). Ale dla pozaparlamentarnych środowisk kłopoty legislatorów to czysta radość, bo to przecież nie są ich reprezentanci. Ponieważ lewica nie ma przedstawicieli w Sejmie, więc z rozkoszą przygląda się poselskim rozterkom i perypetiom wywołanym jej wnioskami. Środowiska fundamentalistów i fanatyków religijnych ostro dociskają parlamentarzystów rządzącej prawicy, nie dość z ich punktu widzenia pobożnych. W ten sposób i rządzący, i opozycja stają pod presją radykałów, którzy nie zdołali zyskać u obywateli poparcia wystarczającego aby w Sejmie się znaleźć, lecz zdobyli wystarczająco dużo podpisów, aby móc wywierać presję i szantażować tych, którzy w nim zasiadają. Nazywanie tego usprawnianiem, ulepszaniem czy udoskonalaniem demokracji to nieporozumienie. 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje