"Bijcie tak, żeby nie było śladów..."

Ta tragiczna historia jak w soczewce pokazuje całe bezprawie PRL i podłość postaci, które dziś mienią się "ludźmi honoru". Gdy słyszę od piewców i "usprawiedliwiaczy" tamtego systemu, że w gruncie rzeczy nie był on taki zły, i że komunizmowi daleko do innych totalitaryzmów, zawsze przypominam sobie wydarzenia sprzed dokładnie 30 lat.

Wyobraź sobie Szanowny Czytelniku piękny, majowy dzień i kilku rozbawionych, może nawet nieco rozbrykanych maturzystów, idących na warszawską Starówkę. Legitymowani przez milicję trochę się stawiają, mówią, że nie mają obowiązku noszenia dowodów osobistych.

Reklama

Trafiają do milicyjnej nyski, potem na komisariat. Powiecie, że nic w tym nadzwyczajnego, i że i dziś policja tak działa? Zgoda, tak może się zdarzyć. Idźmy więc dalej...

Na komisariacie między milicjantami a jednym z chłopców dochodzi do przepychanki, funkcjonariusze wyciągają pałki, zaczyna się regularne katowanie, padają słowa: "Tylko bijcie tak, żeby nie było śladów"... Po chłopaka przyjeżdża pogotowie. Trafia do szpitala, potem do domu, znów do szpitala.

Podczas operacji okazuje się, że ma potężne obrażenia narządów wewnętrznych, lekarze są bezradni. Młody, zdrowy, zafascynowany Stachurą, piszący wiersze, grający na gitarze i śpiewający, uzdolniony 19-latek umiera.

Powiecie, że i to może się zdarzyć dziś? Że policjantom na całym świecie i w każdym ustroju zdarza się przesadzić, kogoś pobić, a nawet zabić, gdy poniosą ich emocje? Zdarza się, owszem. Ale w żadnym demokratycznym kraju nie dochodzi do operacji, którą chwilę potem zaczęto organizować w MSW.

Uznano tam bowiem, że długa ręka socjalistycznej ojczyzny, a taką był wszak milicjant, nie może zostać posądzona i skazana za śmiertelne pobicie. Że kto, jak kto, ale milicjant musi pozostać w społecznej świadomości postacią czystą i bezgrzeszną.

Generał Kiszczak nakazał swoim podwładnym takie spreparowanie dowodów i sterroryzowanie świadków, by całą winą za śmierć Grzegorza Przemyka można było obciążyć załogę pogotowia, która przewoziła go z komisariatu do szpitala. I zaczęto zakrojoną na gigantyczną skalę operację.

Nie tylko zamieniono w piekło życie głównego świadka, aresztowano załogę pogotowia, zaczęto prześladować rodziny sanitariuszy, by udowodnić im wszechmoc władzy, szantażowano ich życiem dzieci i przyszłością najbliższych... Dodano do tego wielką propagandowo-esbecką operację udowadniania, że załogi pogotowia mają w zwyczaju bicie i okradanie swoich pacjentów, wsadzano i skazywano Bogu ducha winnych lekarzy, by tylko dowieść, że to z gruntu profesja ludzi podłych i miernych.

Pod osobistym nadzorem "człowieka honoru" z Rakowieckiej, który wydał rozkaz, że "ma być tylko jedna wersja śledztwa - sanitariusze", doprowadzono do skazania niewinnego człowieka i uniewinnienia milicjantów.

A kilka miesięcy później szefowie MSW, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, wyfasowali swoim podwładnym sowite premie, chwaląc ich za "działania zmierzające do nadania śledztwu obiektywnego charakteru, ustalenia faktycznych sprawców, pociągnięcia ich do odpowiedzialności i ujawnienia wobec opinii publicznej rzeczywistej prawdy".

I to, Szanowni Państwo, jest cała prawda o tamtym systemie. Systemie, który dla obrony swoich funkcjonariuszy był w stanie tuszować prawdę o zbrodni, sankcjonować bezprawie i złamać życie kilkunastu osób. Systemie, którego twórcy do dziś udają, że całe jego zło nie dotyczy ich samych, i którzy do dziś, gdy z nimi rozmawiam i przypominam im manipulacje śledztwem po śmierci Przemyka, otwierają oczy szeroko ze zdziwienia i przekonują mnie, że o niczym nie mieli pojęcia.

Konrad Piasecki

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje