Być jak Margaret Thatcher

Rząd Ewy Kopacz poszedł na wojnę z górnikami źle przygotowany. Za to z wielkimi marzeniami, jak to pani premier pokaże lwi pazur i cechy Margaret Thatcher. Wystarczyło jednak tupnięcie nogą ze strony związkowców, by marzenia spaliły na panewce, „wielka reforma” została okrojona, a jej wdrażanie stało się dłuższe i droższe.

To miało być szybkie i efektowne acz nieco wymuszone sytuacją starcie. Miało zamknąć usta tym, którzy narzekają, że rządy PO straciły jakiekolwiek reformatorskie zapędy i potrafią już tylko taplać się w ciepełku lecącej z kranu wody. Plan rządzących zakładał, że górnicy - niecieszący się, z racji licznych zawodowych przywilejów, szczególną sympatią społeczną - będą osamotnieni, że nawet Śląsk się nie będzie o nich szczególnie bił, więc małymi ustępstwami negocjacyjnymi uda się doprowadzić do porozumienia.

Reklama

Nad wszystkim ciążył jednak od początku pośpiech, z jakim działali rządzący. Pośpiech, któremu sami byli winni. Wieloletnie zaniedbania, odkładanie decyzji, liczenie, że jakoś to będzie, a także lęk przed naruszaniem górniczych przywilejów w zestawieniu ze spadającymi cenami węgla - wszystko to wpędzało branżę w coraz większe kłopoty. Dosypywano, dosypywano, przeczekiwano, aż przyszła Kopacz i postanowiła coś z tym zrobić.

Szybko stworzono zatem program reformy i - jeszcze szybciej - przepchnięto go przez Sejm, z wykorzystaniem nieco "zbójeckiej", w tym przypadku, ścieżki poselskiej, zwalniającej rząd od konieczności prowadzenia długich konsultacji społecznych. W dodatku pośpiech sprawił, że do negocjacji nijak się nie przygotowano, nie przyszykowano żadnych wariantów awaryjnych, nie przygotowano jakichś asów w rękawie ani planu "rozmiękczania" górników. Liczono, że spotkania oko w oko z premierem, zwłaszcza płci pięknej, ostudzą nieco związkowe temperamenty.

To działanie, zwane kolokwialnie "na rympał", srodze się zemściło. Związkowcy, którzy uznali się (i trudno się w sumie im dziwić) za postawionych pod ścianą, zawyli i postanowili rzucić wszystkie siły i środki do boju z programem "wygaszania" kopalń. Zmobilizowali siły, rzucili hasło do strajku, wyprowadzili na ulicę mieszkańców śląskich miast, zagrozili kolejnymi protestami w innych branżach. I rząd zaczął "pękać". A skrzydła podcięły mu sondaże, wskazujące na to, że, wbrew nadziejom, nie cieszy się w konflikcie z górnikami poparciem.

W rezultacie dostaliśmy reformę okulawioną, osłabioną, mniej efektywną, droższą i nierozwiązującą fundamentalnych problemów branży górniczej. A o postnegocjacyjnych i postporozumieniowych nastrojach wśród polityków PO najlepiej niech świadczą wszystkie zapewnienia, że "to nie była wojna", że "nie można mówić o zwycięzcach i pokonanych", kontrastujące z tonem i retoryką obowiązującą po negocjacjach z lekarzami.

Trudno uniknąć wrażenia, że rządzący sami mają poczucie, że tych negocjacji nie wygrali, a wielkie, czające się w głowach politycznego zaplecza Ewy Kopacz marzenie o tym, że batalia z górnikami przyda jej cech Margaret Thatcher - spaliło na panewce.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje