Męczennicy IV RP

Na co dzień życie polityczne wywołuje we mnie emocje mieszczące się z reguły w okolicach określanych jako "strefy niskie stanów średnich". Ale jest jeden wyjątek. Rozliczenia z PRL-em.

Gdy mowa jest o nich, budzi się we mnie jastrząb, lew, a może nawet - jak napiszą zaraz odważni internetowi komentatorzy - hiena. I różne pomysły rozpoczynające się od "de", chwytają mnie za serce.

Reklama

Żelazny Otto van Bismarck mawiał, że "kto za młodu nie był socjalistą, ten na starość będzie świnią". Ja za młodu byłem zdecydowanym antysocjalistą czy może - lepiej rzec - antykomunistą, mimo to nie uważam się za świnię. Wręcz przeciwnie - żywię twarde przekonanie, że to raczej ci, którzy - zwłaszcza u schyłku PRL-u stali po stronie socjalistycznego i wcale nie miłościwie panującego ustroju - przynajmniej jeśli chodzi o polityczną uczciwość wiele dobrego powiedzieć o sobie nie mogą.

Pasja antykomunistycznego inkwizytora z wiekiem nieco mi przeszła. Ale nie aż na tyle, bym ze spokojem słuchał PRL-owskich aparatczyków i ich dyżurnych obrońców, którzy ilekroć ktoś zgłasza pomysł rozprawienia się z ich przywilejami, tylekroć biją na alarm, krzycząc, że to igrzyska, tematy zastępcze i wredny odwet. Przez lata faceci tłamsili i prześladowali ludzi, pławili się w PRL-owskich luksusach, mieli niezłe pensje, talony, sklepy za żółtymi firankami i inne przywileje socjalistycznego dolce vita, a gdy dziś ktoś wspomni o tym, że ich kilkutysięczne emerytury mocno odbiegają od tego, co nazwać by można historyczną sprawiedliwością, podnoszą krzyk i wkładają na głowy aureole męczenników.

Nie obchodzi mnie, czy PiS zgłaszając pomysły dekomunizacji czy deubekizacji chce - jak mówią SLD-owcy - odwrócić od czegokolwiek uwagę czy przysłonić słabości rządzenia. Nawet jeśli - to w tym przypadku powiem - niech odwraca. Wolę to odwracanie, niż lewicowe dziamgolenie i odwracanie kota ogonem.

Zgodnie z filozofią obrońców "męczenników IV RP", po wkroczeniu w 1945 roku aliantów do Niemiec, ostatnią rzeczą, za jaką ci powinni się brać, było delegalizowanie NSDAP czy poszukiwania SS-manów. Już słyszę tłumaczenia: "Jak to. Kraj w kompletnej ruinie, nie ma co jeść, nie ma wody, prądu, a ci się biorą za ściganie funkcjonariuszy dawnej władzy, a przecież wśród nich było wielu porządnych ludzi".

Przyznaję - w anty-ubeckich pomysłach jest kilka słabych punktów i znaków zapytania. A co zrobić z esbekami, którzy zostali pozytywnie zweryfikowani? A co z tymi, którzy nigdy nie splamili się żadnym grzechem, a ścigali zwykłych bandytów (podobno byli tacy)? A co z tymi, którzy rozczarowani służbą sami z niej odeszli? Ja weryfikację 1989-90 uznałbym za cezurę rozstrzygającą, jeśli ktoś ją przeszedł, uznajmy, że został rozgrzeszony.

Od ustrojowego przełomu minęło 17 lat. Przez te lata dawni esbecy żyli sobie jak pączki w maśle. Dziś patrzą do kamer i z miną cierpiętników opowiadają, że obniżenie emerytur to brutalny odwet ludzi chorych z nienawiści. Mówią o uczciwej pracy dla dobra ojczyzny i przywilejach, które im się za nią należą. Otóż - nie należą się! Niech i oni posmakują teraz doli emeryta ex-nauczyciela, urzędnika czy pielęgniarki. W końcu byli (a może i są) ludźmi wielkiej komunistycznej idei. Niech zaznają żywota tych, dla których tak dzielnie wcielali i umacniali zasady sprawiedliwości społecznej. Jeśli ma to być jakieś straszliwe upokorzenie czy podeptanie zasad praworządności - trudno. Takie deptanie jakoś jestem w stanie zaakceptować.

Konrad Piasecki, RMF FM

k.piasecki@rmf.fm

Dowiedz się więcej na temat: W.E.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje