Mikołaj z MEN-u

W środku lata objawił się święty Mikołaj. Podarował tysiącom maturzystów nie lada prezent - świadectwo dojrzałości. Darowanym koniom w zęby się co prawda nie zagląda, ale nie wiem, czy większość obdarowanych ma szczególny powód do radości. Bo ile - w dobie zniesienia egzaminów na studia - warta jest taka naciągana matura...

W całej tej maturalnej historii niepokojące jest na pewno jedno. Jeśli raz dopuściło się do zmiany egzaminacyjnych reguł w trakcie gry, to ten precedens może corocznie zapładniać wyobraźnię pechowców (czy też zwykłych nieuków), którym powinie się noga. Regularnie, w okolicach czerwca, będziemy obserwowali demonstracje powołujące się na "rok ów 2006", kiedy to można było poluzować egzaminacyjne rygory, a maturzyści miast przysiadać fałdów i wkuwać, będą liczyli na to, że kiedyś znów ktoś im da świadectwo w prezencie.

Reklama

I choć nie mam większych złudzeń dotyczących prawdziwych powodów tak litościwego postępowania rządowego Mikołaja, to na tym utyskiwania na jego decyzję zakończę. Mam bowiem nadzieję, że wywołane przez Giertycha zamieszanie sprowokuje dyskusję, która przyniesie jakiś lepszy od funkcjonującego dziś system rozwiązań okołomaturalnych. Obecny mechanizm , w którym świadectwo dojrzałości jest kluczowe dla przyjęcia na studia, nie jest - delikatnie mówiąc - szczęśliwy. Uzależnianie dalszej drogi życiowej człowieka od wyników jednego tylko egzaminu, to mocno barbarzyńskie postępowanie.

Pamiętam, że jako tzw. czynnik studencki obserwowałem niegdyś ustny egzamin na mój wydział i wcale nie było tak, że najlepsze wrażenie robili tam ci, którzy mieli cudowne świadectwa maturalne. Wręcz przeciwnie, zdarzali się licealni i maturalni trójkowicze, po których od razu widać było, że są zafascynowani historią (a był to wydział historyczny) i mimo miernego świadectwa dostawali się na studia w cuglach.

Polska szkoła, od zawsze chyba, cierpi na nieumiejętność (albo niechęć) docenienia specjalizacji i indywidualizacji. Geniusze polonistyczni muszą wkuwać magiczne wzory, pozwalające obliczyć rozkład sił na równi pochyłej, matematycy nie mogą obejść się bez wiedzy na temat roli przydawki w zdaniu podrzędnie złożonym, wszyscy jak jeden mąż poznają budowę rozwielitka i przekrój łodygi roślin jednoliściennych (nie wiedząc przy tym - tak jak niżej podpisany - jak do cholery odróżnić te jednoliścienne od - równie istotnych - dwuliściennych), a na koniec muszą zdawać kluczowy dla dalszej kariery edukacyjnej egzamin z przedmiotów, z którymi nigdy później się już nie zetkną.

I dlatego decyzji Giertycha nie potępiam w czambuł. Jeśli dzięki niej ktoś, kto "przepadł" z biologii, dostanie się na studia polonistyczne czy ekonomiczne, to dziury w niebie nie będzie. Mam jednak nadzieję, że w następnych latach uda się wprowadzić system, który przetrwa dłużej niż rok i będzie dawał większe szanse dostania się na studia tym, którym coś na maturze nie wyjdzie.

Konrad Piasecki - Panorama TVP 2

Dowiedz się więcej na temat: mena

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje