Minister Moralnego Niepokoju

Im wyższy cokół pomnika, tym boleśniejszy z niego spadek. Ta myśl przychodzi mi do głowy, gdy obserwuję losy Andrzeja Czumy. Legenda opozycji, więzień polityczny PRL dziś musi zmagać się z grzechami swej emigracyjnej przeszłości. Ciężko mu nie współczuć, ale ciężko też przymknąć oko na to, co robił przed laty. I ciężko nie mieć wątpliwości w odpowiedzi na pytanie, co zrobić z emigracyjnymi grzechami nowego ministra sprawiedliwości.

Nie sposób nie dostrzec i nie powtórzyć nieco wyświechtanego już stwierdzenia, że nasi politycy mają mocno zwichrowane i zależne od czasu, miejsca i osoby standardy oceny tego, co w polityce jest dopuszczalne, a co zasługuje na słowa pogardy i potępienia.

Reklama

Bracia Kaczyńscy, piętnujący innych za KPP-owski rodowód, nie mieli nic przeciwko temu, by w ich otoczeniu byli nie tylko synowie komunistycznych działaczy (zastrzegam przy tym, że to nie zarzut, bo obwinianie dzieci za czyny ich rodziców uważam za jedną z większych nieprzyzwoitości życia publicznego), ale i członkowie PZPR.

Donald Tusk, który przed trzema laty usuwał z partii Zytę Gilowską, za to że ta zatrudniła syna i synową, dziś nie widzi wielkiego problemu w szarogęszeniu się w ministerstwie sprawiedliwości syna ministra Czumy.

Tempora mutantur - czasy się zmieniają - mawiali starożytni i dodawali - et nos mutamur in illis - i my wraz z nimi. Ale żeby aż tak....

Pierwsze tygodnie ministrowania Czumy, to - jak przyznają zgodnie nawet politycy PO - pasmo wpadek i problemów. Za większość odpowiada sam minister, bo rzucanie z dezynwolturą na korytarzu sejmowym informacjami zaczerpniętymi ze ściśle tajnych materiałów wywiadu czy powątpiewanie w słuszność działań prokuratury w sprawie Karnowskiego wystawiają jego politycznemu wyczuciu bardzo nędzne świadectwo.

Wystawianie syna na pierwszą linię kontaktów z mediami, a potem zaprzeczanie, że syn ma cokolwiek wspólnego z działalnością resortu, też nie jest - najdelikatniej mówiąc - bardzo zręczne.

Wszystko to jednak było tylko kamyczkami do ogródka ewentualnej dymisji. Głazem, który w niej tkwi, jest amerykańska przeszłość ministra. Przeszłość, która wciąż przynosi więcej pytań niż odpowiedzi.

Andrzej Czuma pozostawił po sobie w Chicago tabuny wrogów. Od pierwszych dni jego urzędowania bombardowali oni redakcje i internetowe fora informacjami na temat emigracyjnego życia świeżo upieczonego ministra. Ciężko znaleźć grzech, którego by w tych opisach nie było.

Wszystko to wyglądało aż karykaturalnie, bo trudno wyobrazić sobie, by jeden człowiek, w dodatku nie jakiś niebieski ptak, a emigrant polityczny, mógł mieć aż tyle na sumieniu. Z tego zalewu media wychwyciły i zajęły się tym, co powtarzano chyba najczęściej, czyli bardzo swobodne podejście do tego, czym jest dług i czy oby na pewno należy go spłacać.

Sam Czuma przyznaje, że długi miał, ale sumiennie je spłacał. Z opowieści jego wierzycieli wyłania się natomiast obraz kogoś, kto pożyczki zaciągał lekko i łatwo, natomiast, gdy miało dojść do spłaty, zapadał się pod ziemię, unikał kontaktu z przyjaciółmi, był agresywny, napastliwy i nieprzyjemny. Spłacał dopiero to, co zasądził sąd, a i to niespiesznie.

No i tu zaczyna się mój dylemat. Bo, czy - gdyby tak rzeczywiście było - należy uznać takie zachowanie za dyskwalifikujące? Naganne na pewno, obciążające - bez wątpliwości, ale czy tak bardzo, że po 20 latach powinny zamykać drogę do urzędu ministra? Nawet jeśli to minister sprawiedliwości?

Z jednej strony, osoba na tym urzędzie powinna być osobą bez skazy, ale z drugiej - ministrami po 89 roku byli już działacze ZSMP, aktywiści PRON-u czy członkowie PZPR. Czy emigracyjne grzeszki uznać za bardziej obciążające niż fakt bycia na pierwszej linii PRL-owskiego frontu ideologicznego?

Jakoś ciężko mi to zrobić. Uważam więc, że jeśli okaże się, że Czuma mówi prawdę, jeśli jego finansowe problemy nie wiązały się z jakimiś ordynarnymi oszustwami, jeśli spłacił zobowiązania - trzeba zamknąć tę sprawę. Ale jeśli ktoś udowodni ministrowi kłamstwo, to premier powinien czym prędzej się z nim rozstać. A najlepiej cofnąć czas i w ogóle go nie powoływać.

Bo bez wątpienia ponure i to wielce jest to, że szare karty przeszłości Czumy wychodzą na jaw dopiero po nominacji, że przed jego zaprzysiężeniem rządzący nie zadali sobie trudu, by przeprowadzić choćby pobieżne sprawdzenie kandydata.

Potwierdza to niestety krążące po świecie politycznym plotki, że Czuma był ministrem z łapanki, wymyślonym i posadzonym na ministerialnym fotelu w ciągu kilku godzin. I trudno nie mieć dziś wrażenia, że tą nominacją i rządowi, i samemu Czumie zrobiono więcej krzywdy niż pożytku.

Konrad Piasecki

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje