PiS jak Fay, czyli wiele hałasu o nic

Cała wojna o traktat (piszę w czasie przeszłym bo wydaje się, że właśnie się skończyła) była pocieszna niczym walczący gej z prezydenckiego orędzia.

Pan zaprasza kamery na swój ślub, a potem dziwi się, że ktokolwiek śmie go pokazywać w charakterze przestrogi. Liderzy PiS, którzy najpierw wynegocjowali traktat, a potem zaczęli go utwardzać, też budzili zdziwienie. I stawiam dolary przeciwko orzechom, że Polacy kompletnie nie byli w stanie zrozumieć o co im chodzi.

Reklama

I kto by pomyślał, że z hermetycznej i wydawało się dość bezbarwnej sprawy traktatu lizbońskiego zrodzi się taka awantura. Jeszcze miesiąc temu wydawało się, że sprawa pójdzie szybko i gładko. Ale - trzeba przyznać - że w PiSie drzemią potężne zdolności robienia ze spraw łatwych i prostych - zawiłymi i rodzącymi się w bólach. Tak też było i teraz.

To miała być pokerowa zagrywka Jarosława Kaczyńskiego. Miał w jednym rozdaniu stłumić radiomaryjne pofukiwania wewnątrz PiSu, nie dopuścić do tego by Ojciec Dyrektor zwrócił się ku Jurkom i Giertychom tego świata i jeszcze pozwolić prezydentowi na zwieńczenie tego wszystkiego efektownym kompromisem. Udało się tak sobie. Bardzo tak sobie...

Idąc po kolei. Radiomaryjna frakcja PiSu jak była niezadowolona z traktatu - tak pozostała. Posłowie Macierewicz, Girzyński czy Dera (a może nawet Cymański, którego wszak mama przestrzegła "Tadziu, nie sprzedawaj Polski") jak mieli zagłosować przeciw - tak zagłosują. A z nimi - wedle różnych szacunków od 20 do 60 innych. I nie odwiedzie ich od tego mglista wizja ustawy kompetencyjnej, która kiedyś tam pojawić się ma na horyzoncie. Im nie podoba się sam traktat i choćby obudowano go setkami zabetonowań i zabezpieczeń to będą przeciw. A jeśli władze klubu będą próbowały złamać im kręgosłup i zmusić do głosowania za - efekty dla PiSu mogą być ponure.

Ojciec Dyrektor jak buntował się przeciwko postawie PiSu w sprawie traktatu i jego ratyfikacji - tak buntuje się dalej. Jego - choć z nazwy Nasz - Dziennik pisze o kapitulacji w Juracie (i nie chodzi tu o kapitulacje Platformy), o traceniu twarzy przez PiS, a Ojciec rzuca jeszcze w radiowe fale oskarżenia o oszustwo i pyta czy prezydent chce być "namiestnikiem jak w czasach cara". Czy zdradzi ostatecznie PiS? Nie wiadomo, bo Ojciec lubi wspierać tych, którzy rokują szanse na wygraną, ale na pewno wojna nie odwiodła go od ciągot do miłosnego zerkania na prawo od Jarosława Kaczyńskiego.

I jest jeszcze prezydent... Poobijany i - nie waham się napisać - ośmieszony, przez Jacka Kurskiego. Głowa państwa, której wystąpienie ktoś montuje jak chce, wrzuca do niego gejów, III Rzeszę, straszną Erikę Steinbach i jej przyjaciółkę - Angelę Merkel, nie wzbudza respektu. Raczej żałość. A i kompromis zawarty na plażach Juraty zostanie - myślę - odebrany raczej jak gest dobrej woli ze strony Tuska, niż efekt ciężkiego dyplomatyczno-politycznego wysiłku Prezydenta.

Postawa Platformy w całej tej traktatowej zawierusze byłaby postawą niewinnej dziewicy, która stoi z boku i z przerażeniem przypatruje się wszetecznym występkom innych. Byłaby... Gdyby nie - wciąż tajemnicza dla mnie - sprawa grudniowej uchwały, zapowiadającej odchodzenie od protokołu brytyjskiego.

Politycy PO do dziś nie potrafią wytłumaczyć, po jaką właściwie cholerę ją przyjmowali. Mówią o atmosferze, o błędzie, o zachowaniu emocjonalnym. Tłumaczenia to tyleż dziwne, co niepoważne. Nie za bardzo podejrzewam, by Platforma była tak przemyślna, by starannie zaplanować, że przyjęcie uchwały będzie "casus belli" i pchnie PiS na ścieżkę walki z ratyfikacją, ale jeśli tak, to - Panie i Panowie - Machiavelli byłby z was dumny! Bo co by nie mówić - czuję, że Polacy lada dzień orzekną w badaniach, że wojnę o traktat, to wy wygraliście.

Dowiedz się więcej na temat: wojna | ojciec | traktat | Prawo i Sprawiedliwość

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje