Resortowe brednie

Gdyby przeprowadzić rodzinną wiwisekcję dowolnej redakcji w Polsce, znaleźlibyśmy w niej synów, córki, wnuków i wnuczki działaczy partyjnych, funkcjonariuszy PRL-owskich służb, przedwojennych i powojennych komunistów. Od prawa do lewa, od konserwatystów po nihilistów, przypadki „rodzinnego uwikłania” zdarzają się wszędzie. I co z tego? Otóż kompletnie nic…

Osoby publiczne - w tym dziennikarze - mogą i powinni być pytani, i tłumaczyć się z własnych postępków i decyzji. Za swoje własne życie są w pełni odpowiedzialni.

Reklama

Automatyczne i bezrefleksyjne budowanie oskarżeń na podstawie przeszłości ich rodziców, doszukiwanie się w grzechach dziadków przesłanek ich dzisiejszej pozycji jest jednak zwykłym łajdactwem, działaniem, które przypomina poszukiwania i wtrącania do więzień "wrogów ludu", których jedynym grzechem było "złe pochodzenie".

Oczywiście, że absurdem byłoby dowodzić, że w Polsce nie istnieje coś takiego jak nepotyzm, że środowisko dziennikarskie jest od niego wolne, i że nikt w nim nie zawdzięcza początków swej kariery pomocy najbliższych. Ale gdy stawia się zarzut, to trzeba go udowodnić, znaleźć coś więcej niż tylko "złe" korzenie. I wierzyć, że miernota ustawiona dzięki rodzinnym koneksjom ma szanse zrobić wielką karierę.

A gdy chce się dowieść, że środowisko dziennikarskie jest bardziej niż inne uwikłane w komunizm, należy zrobić coś więcej niż wziąć pod lupę tych, których się nie lubi, i za wszelką cenę odnaleźć w ich rodzinnej przeszłości cokolwiek "obciążającego".

Autorzy ostatnich dzieł śledczych, którzy wynajdują dziennikarzom ojców uczących rosyjskiego albo szefujących stacji hodowli roślin, są żywymi dowodami na to, jak absurdalne są ich książkowe wywody.

Gdy syn PRL-owskiego dziennikarza i pracownika Zakładu Historii Partii przy KC PZPR, sam do tegoż PZPR przez parę lat należący, wyszukuje i robi innym zarzut z przodków osadzonych znacznie niżej w drabinie hierarchii Polski Ludowej, naraża się w najlepszym razie na niezrozumienie. Gdy pasierbica kogoś, kto należał do PZPR, mówi, że nie miało to na nią żadnego wpływu, bo kluczową rolę w jej wychowaniu odegrali "religijni mężczyźni i piłsudczycy", to skłania do pytań, na jakiej podstawie o innych sądzi, że kluczem do ich poglądów jest partyjność ich rodziców.

Nie trzeba przeprowadzać wielkich śledztw, żeby dowiedzieć się, że kluczowe postaci polskiej publicystyki konserwatywno-prawicowej miały przodków w KPP, PZPR, PRL-owskiej prasie i na placówkach dyplomatycznych.

Nie trzeba bardzo grzebać w życiorysach, żeby dowiedzieć się, że ojcowie i dziadkowie wielkich entuzjastów lustracji byli funkcjonariuszami SB albo tajnymi współpracownikami tejże.

Nie trzeba prowadzić wielkich badań socjologicznych, by dojść do wniosku, że polskie redakcje, mniej więcej po równo, obdzielone są dziećmi "resortowymi" i "patriotycznymi".

I kompletnie nic z tego nie wynika.

Oj, strzeżcie się entuzjaści rodzinnych lustracji. Nie znacie bowiem ni dnia, ni godziny. Zawsze może trafić się ktoś obdarzony większą niż wy czujnością rewolucyjną, ktoś, kto uzna, że jesteście za mało radykalni, za miękcy, za słabi dla wrogów patriotycznego wzmożenia. Ktoś, kto uzna, że kluczem do waszej słabości są zapewne rodzinne koligacje.

Ten ktoś weźmie waszych przodków pod lupę. Znajdzie wam ciotkę - działaczkę, odkryje że wasz praprzodek był TW i na tej podstawie odsądzi was od czci i wiary.

Nie macie nikogo takiego w rodzinie? A może tylko wam się tak wydaje? Może wasza wiara w genetyczny patriotyzm odziedziczony po przodkach jest złudna? Karmcie się nadzieją, że tak nie jest i przekonaniem, że wszyscy, którzy mają inne niż wy poglądy, wyssali je z mlekiem złej matki.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje