Tusk Gromowładny, czyli wojna futbolowa

Styl impulsywno-wojenny staje się wizytówką działania Donalda Tuska. Co kilka miesięcy premier wytacza ciężkie armaty, wypowiada bitwy, zwołuje krucjaty. I choć ten - odwołujący się do prostych instynktów - zabieg jest coraz bardziej drażniący, to trudno odmówić mu walorów PR-owskich, a i, o dziwo, skuteczności.

A więc wojna... Znów.... Premier toczy ciężkim wzrokiem po sali, marszczy brew, przez zaciśnięte zęby mówi to co zawsze w takich sytuacjach. Że "dość tego", że ,"nie ma zgody", że ,"choćby miał przegrać wybory to zwalczy chuligaństwo". Widzieliśmy to już wszyscy kilkakrotnie. Mnie za każdym kolejnym razem ten styl coraz bardziej bawi i zastanawia. Bawi - zgodnie z zasadą, że jeśli historia się powtarza - to jako farsa, a zastanawia, bo zachodzę w głowę, czy premier wypowiadający wojny robi to z potrzeby politycznego serca czy raczej z bezradności.

Reklama

Jest coś takiego w zurzędniczałej i zbiuroratyzowanej rzeczywistości co sprawia, że droga od pomysłów i zamiarów do wcielenia ich w życie jest przeraźliwie żmudna i długa. Że zanim idea zostanie przekuta w zapisy ustawowe, te podda się konsultacjom społecznym i ministerialnym, potem ustawę przyjmie rząd, przedyskutuje sejm, przyjmie parlament, podpisze prezydent i wreszcie po odpowiednim vacatio legis wejdzie w życie mijają miesiące i lata.

Nagłe szarże premiera sprawiają, że ta monotonna i żmudna droga ulega radykalnemu skróceniu. Rzeczywistość polityczna zaczyna toczyć się jak w przyspieszonym filmie. To co kiedyś trwało tygodniami, trwa dni, to co trwało miesiące - teraz załatwia się w tydzień. Tak było z hazardem, pedofilami, dopalaczami, a ostatnio - z OFE. I gdyby chociaż te wojny kończyły się klęskami - można byłoby ukuć łatwe tezy, że Tuskowi wcale nie chodzi o załatwienie czegoś i że całe przedsięwzięcie ma wymiar wyłącznie propagandowy. Ale nie. Nie jest tak, że zakończone wojny przyniosły wyłącznie klęski. Choć sukces w nich okupiony bywa wylaniem dziecka z kąpielą i wizją płacenia odszkodowań, to trudno nie dostrzec, że problem dopalaczy, o ile nie zniknął całkiem, to został mocno zredukowany, że salony z jednorękimi bandytami także zaczną powoli odchodzić w przeszłość, a szpital, który ma "kastrować" chemicznie pedofilów jest już gotowy, by przyjąć pierwszych skazańców.

W wojnie z kibicami nie pójdzie zapewne tak szybko i łatwo. To co dzieje się na stadionach to nie tylko problem prawa i praktyki. To kwestia około-piłkarskiej obyczajowości, która chyba w żadnym - poza Hiszpanią - kraju Europy nie sprzyja miłej, familiarnej atmosferze na trybunach. Walka ze stadionowym chamstwem i agresją musi potrwać lata.

I musi kosztować. A co gorsza jej efekty są mocno niepewne. Bo na miejsce wyłapywanych dziś chuliganów, na stadionach, nie pojawią się natychmiast rodziny z dziećmi. Boję się, że raczej świecić będą pustkami i przynosić straty. Stąd - jak sądzę - dość umiarkowane zainteresowanie klubów wsparciem rządowej ofensywy. I choć jej styl - tu zgodzę się z wieloma krytykami - budzi wątpliwości, a zamykanie najbezpieczniejszych w Polsce stadionów - zastanawia, to w anty-rządowym zapale niektórzy popadają w szaleństwo. Zachwycani się kibolami tylko dlatego, że zaczęli krytykować premiera, robienie z nich niewinnie prześladowanych młodych opozycjonistów jest jednak solidnym przekroczeniem granic zdrowego rozsądku.

Dowiedz się więcej na temat: styl | Donald Tusk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje