Utracone złudzenia

Marzenia o rządach "autorskich" zazwyczaj okazują się mrzonkami. Jeśli ktoś kiedykolwiek wierzył, że Beata Szydło będzie tworzyła rząd według własnych gustów i sympatii, to - przepraszam - wykazywał się naiwnością. To, że to partia będzie miała głos współdecydujący o kształcie gabinetu było dla mnie oczywistą oczywistością. Dziwi mnie jednak towarzysząca tworzenia rządu ostentacja, która dowieść ma ostatecznie i jednoznacznie, kto w tandemie Kaczyński-Szydło ma głos decydujący.

W najnowszej historii Polski były może ze dwa, trzy "rządy autorskie". I wszystkie one były wypadkową albo nadzwyczaj silnej pozycji ich szefów, albo faktu, że działały w okresie przejściowym, kiedy fotele resortowe nie mają szczególnej wartości. A zatem sporo "autorskości" miały w sobie rządy Donalda Tuska - zwłaszcza ten drugi, choć i w nim małe ukłony w kierunku partyjnych frakcji jednak było widać. Frakcjom nie musiał ulegać też Jarosław Kaczyński, ale on musiał brać do rządu koalicjantów, którzy zakłócali nieco obraz autorskości. Mocno autorski był też rząd Marka Belki, ale on działał w szczególnym czasie politycznej dekadencji obozu SLD.

Reklama

Przy całym docenieniu wysiłku, jaki Beata Szydło włożyła w dwie ostatnie kampanie wyborcze, trudno byłoby ukuć tezę, że to właśnie ona była najważniejszym kluczem do zwycięstwa prezydenckiego i parlamentarnego. Pierwsze wybory wygrał Andrzej Duda, drugie - raczej PiS i Zjednoczona Prawica niż jego kandydatka na premiera. I - oddając jej zasługi - to oczywiste, że w procesie formowania gabinetu to właśnie oczekiwania partyjne będą miały istotne znaczenie. Ale oczekiwania to jedno, a zepchnięcie kandydatki na premiera na margines rozmów o tworzeniu rządu to zupełnie coś innego.

To, co w budowie powyborczego krajobrazu dzieje się od wyborczej niedzieli, może zdumiewać. Odbywające się w zaciszu gabinetów na Nowogrodzkiej, najważniejsze rozmowy na temat formowania gabinetu odbywają się niekoniecznie z udziałem głównej zainteresowanej. Ta, już drugiego powyborczego dnia, dostała sygnał, że z tym premierowaniem, to nic nie jest przesądzone i że gdyby miała ochotę zanadto stawiać na swoim, to PiS ma w rezerwie profesora Glińskiego, a i prezes ostatecznie może wziąć na siebie rządowe ciężary.

I choć sporo było w tym straszaka, balonu próbnego i badania gruntu, to wydaje się, że Beata Szydło zrozumiała kryjący się za tym przekaz. I dała krok w tył. A nawet dwa kroki. I szybko zaczęło okazywać się, że jej zapowiedzi dotyczące "najbardziej prawdopodobnego kandydata na ministra obrony narodowej" wcale nie musiały być twardymi deklaracjami.

I że jej niechęci do tego, by do rządu wchodzili panowie Macierewicz czy Ziobro nie muszą nikogo szczególnie interesować. W chwili, gdy piszę te słowa, w PiS-ie panuje powszechne przekonanie, że obaj do rządu wejdą. Bo partia uznała, że nadszedł czas na twardy kurs, na porzucenie linii centrowej i tendencji do ocieplania i wygładzania. A przy okazji panowie Macierewicz czy Błaszczak będą patrzyli Beacie Szydło na ręce i strzegli, by linie partii i rządu nie rozchodziły się, jak to za czasów Marcinkiewicza bywało.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje