A Polacy siedzą cicho!

Bezczelni politycy to nie polska specjalność. Oni są wszędzie, pod każdą szerokością i długością geograficzną. Bezczelny jest na przykład premier David Cameron, który chodzi i opowiada, że trzeba pozbawić dodatku na dzieci pracujących w Wielkiej Brytanii Polaków, jeżeli te dzieci mieszkają w Polsce. Przepraszam, a co go obchodzi, konserwatystę i liberała, gdzie kto wychowuje swoje dzieci?

To pytanie jest retoryczne, bo w tej całej kampanii nie chodzi o jakiekolwiek zasady, tylko o podlizywanie się najgłupszej części angielskiego elektoratu - że oto premier robi porządek z emigrantami, którzy się panoszą, zabierają miejsca pracy i w ogóle kosztują. A ile kosztują?

Reklama

Łatwo to można policzyć - "Mail of Sunday" podał, że sprawa dotyczy około 40 tys. dzieci z państw Unii, z czego 25 659 to dzieci polskie. Dodatek na dzieci wynosi w Wielkiej Brytanii 20,3 funta tygodniowo na pierwsze dziecko i 13,4 funta na każde kolejne. Załóżmy, że mamy do czynienia tylko z jedynakami - okaże się, że Cameron jojczy się maksymalnie o 27 milionów funtów rocznie, mniej więcej tyle, ile kluby brytyjskie płacą za niezłej klasy piłkarza. Jednego.

Liczmy dalej. Jest coraz więcej poważnych opracowań potwierdzających widoczną gołym okiem tezę: emigranci z nowych krajów Unii, zwłaszcza z Polski, więcej wnoszą do brytyjskiej kasy niż z niej pobierają. Oto fragment jednego z nich: "(...) Od 2001 r. do 2011 r. najnowsi imigranci z państw Europejskiego Obszaru Gospodarczego przekazali do budżetu sumę przewyższającą o 34 proc. kwotę wydaną na świadczenia dla nich. Ich wkład netto do budżetu wyniósł ok. 22,1 mld funtów. (...) Natomiast obywatele urodzeni w Wielkiej Brytanii w tym samym czasie przekazali do budżetu sumę wynoszącą 89 proc. pobranych przez nich transferów. Wynika z tego, że ich wkład do budżetu był ujemny, wynosząc  - 624,1 mld funtów". (Dustmann, Frattini).

Kto więc do budżetu (brytyjskiego, niestety) wpłaca, a kto z niego ciągnie? Do tego dorzućmy jeszcze dwa zdania. Emigranci z naszej części Europy są lepiej wykształceni od Brytyjczyków, więcej pracują i zdecydowanie rzadziej korzystają ze świadczeń społecznych niż wyspiarze. Zauważmy, że wykształcenie zdobyli w Polsce, Londyn nie wydał na to ani funta, my się na to zrzucaliśmy. Zgodnie więc z logiką Camerona, premier Tusk powinien zażądać od Wielkiej Brytanii zwrotu kosztów wykształcenia Polaków, którzy dziś budują jej dobrobyt.

Ech! Anglicy dostają za friko ludzi, których praca bogaci Wielką Brytanię o miliardy, a ich premier wypomina im nędzne 27 milionów funtów, posługując się na dodatek mało przekonującymi argumentami.

A najbardziej w tym wszystkim mnie złości, że w takiej sytuacji Polacy, zamiast tego plotącego brednie szczuja Camerona postawić do pionu, siedzą cicho! I polscy politycy (z wyjątkiem Radosława Sikorskiego; dziękujemy ci, Radku) - którzy przy byle okazji rzucają się sobie do gardeł - również. Śmielej, panie i panowie!

Zauważmy jeszcze jedno - otóż wypominając nam te 27 milionów funtów, Cameron równocześnie hojnie obniża podatki dla najlepiej zarabiających z 50 proc. do 45 proc., a CIT dla firm z 28 proc. do 20 proc. (od 2015 roku). Ha! Nawet po tych zmianach podatki na Wyspach będą wyższe niż w Polsce. Jak więc nazwać polską firmę,  która na drodze różnych kombinacji wynosi się z kraju na Cypr, a potem  do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, żeby "zachować optymalną strukturę podatkową"? Inaczej mówiąc: żeby nie płacić w Polsce podatku od osób prawnych?

Myślę tu o firmie LPP, właścicielce znaków Cropp, Reserved, Mouse, Mohito itd. Firmie, która rozwinęła się w Polsce, zarabia na Polakach, a teraz jej właściciele doszli do wniosku, że można wyrwać kasy jeszcze więcej, wystawiając do wiatru polskiego fiskusa. Żeby była jasność: ten fiskus wcale LPP nie dusi, ta firma nie przymiera głodem. Jej przychody to 4,1 mld zł (!), w 2012 roku zarobiła 355 mln zł, w 2013 pewnie będzie jeszcze więcej.

I? I okazuje się, ze przysłowiowy Kowalski ścigany jest za 5 zł, a milioner nie płaci nic.

Właściciele LPP, zaślepieni chciwością, ogrywają państwo - choć pewnie chcieliby, żeby policja  pilnowała ich sklepów, żeby państwo dało zarobić ich klientom, budowało drogi, którymi dowożone są do sklepów towary, i którymi dojeżdżają kupujący, i tak dalej. Hej! Nie może być tak, że zyski są nasze, a kłopoty wasze! Jak się chce państwa porządnego, dobrze zarządzanego, wspólnego, to trzeba płacić podatki. Owszem, trzeba przy tym pilnować, by politycy i urzędnicy publicznymi pieniędzmi dobrze zarządzali, nie kradli ich i nie marnotrawili, ale to już jest inna opowieść...

W każdym razie: w sieci wrze! Tysiące klientów ogłosiło już bojkot sklepów LPP. Powstał fanpage "Nie kupuję u oszustów podatkowych". To się rozwija, to jest jak fala. To jest nasza broń - obywateli i konsumentów.

Myślę, że w takiej sytuacji powinno też zareagować państwo. Ono powinno chronić polskich przedsiębiorców,  tak w kraju jak i za granicą, ale nie powinno stać bezczynie, gdy jest bezczelnie kiwane. W takich sytuacjach państwo nie musi być miłe - Państwowa Inspekcja Pracy zawsze może dokładnie kontrolować, na jakich zasadach firma zatrudnia pracowników, a urzędy celne dokładnie sprawdzać każdą partię sprowadzanego do Polski towaru. I tak dalej.

Nie objawiła mi się na Nowy Rok dusza raroga - sprawa dotyczy czegoś innego. Świat jest tak skonstruowany, że nie brakuje na nim ludzi bezczelnych i cwanych. Ale można się przed nimi bronić. Akcjami obywatelskimi albo działaniami państwa. To pierwsze zaczyna dygotać. To drugie śpi. Więc wołam: pobudka!

Robert Walenciak

Dowiedz się więcej na temat: Robert Walenciak

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje