Bitwa koryciarzy

Kasa, misiu kasa. W oparach opowieści o wrogach ojczyzny, patriotyzmie itd. można przytulić konkretne pieniądze.

Nie, nie przemawia przeze mnie ani szczególna zazdrość, nie zamierzam też promować kampanii PO "Konwój Wstydu". To nie to. Sprawa jest głębsza. Frapujące jest, jak z roku na rok rośnie pazerność kolejnych ekip dorywających się do państwowych pieniędzy, i brak jakichkolwiek hamulców.

Reklama

Jak to zatrzymać?

Jeszcze rok temu, widząc finansowe praktyki obecnie rządzącej partii, wieszczyłem, że weszła ona w buty PO. No to teraz mogę dodać, że owszem, weszła, ale okazały się za małe, teraz PiS chodzi w butach o parę numerów większych.

Przykłady? Aż nie wiadomo od czego zacząć. Zacznijmy więc od tych nieszczęsnych nagród, które otrzymali członkowie rządu. 65 tys. zł - Jarosław Gowin, który skarżył się, że nie starcza mu do pierwszego, 70 tys. zł Antoni Macierewicz, 65 tys. zł - tyle sama sobie przyznała Beata Szydło. W sumie, rząd nagrodził się ogólną sumą 1,5 mln zł.

Te nagrody gorszyły, więc Mateusz Morawiecki, próbując przejąć inicjatywę, ogłosił, że zredukuje liczbę wiceministrów. Ma ich w rządzie 127, co jest rekordową liczbą, więc pożegnał się z siedemnastoma. Naród odetchnął... Co tu się rozwodzić, zwalnianie wiceministrów to jak akcja oszczędzania w czasach wczesnego Jaruzelskiego. Kiedy władza oddała społeczeństwu, w ramach samoograniczania, pięć samochodów służbowych i piętnaście linii telefonicznych. Pokazywano to w Dzienniku o 19.30, jako przejaw skromności. Efekt był wiadomy, i teraz też taki będzie.

Nawiasem mówiąc, Morawiecki, niczym przysłowiowa oferma batalionowa, wychodząc z kłopotu, jeszcze bardziej się zakopał. Najpierw ogłosił, że wstrzymuje premie dla sekretarzy i podsekretarzy stanu w Kancelarii Premiera, a potem okazało się, że już te tysiące zostały wypłacone. A jeszcze bardziej boleśnie został ugodzony, gdy dziennikarze zapytali go, gdzie ukrywa swój majątek. Okazało się bowiem, że premier nie potrafi doliczyć się mieszkań, które posiada, że ileś tam przepisał na żonę itd.

W PiS-ie też widocznie uznano, że kiepsko to wygląda, więc teraz sprawy kontaktów z mediami w Kancelarii Premiera ma przejąć duet pisowskich fachowców od propagandy, Piotr Matczuk i Anna Plakwicz.

Ja wiem, że mało kto te nazwiska kojarzy, wiec tylko podpowiem, że to ich spółka Solvere zajmowała się kampanią "Sprawiedliwe sądy", zleconą przez Polską Fundację Narodową. Pamiętamy billboardy i stronę internetową, i te opowieści że jakiś sędzia ukradł kiedyś kiełbasę.

Sięgam do archiwum i okazuje się, że za ten propagandowy szajs Solvere wystawiła Polskiej Fundacji Narodowej rachunek na... No  właśnie, do końca nie jest to wyjaśnione. Bo według oficjalnej informacji podanej przez Polską Fundację Narodową, firma miała zarobić na kampanii billboardowej 240 tys. zł. Ale oprócz tego Solvere wystawiła PFN cztery faktury: za badania socjologiczne na kwotę 44 987,69 zł, za promowanie treści internetowych na kwotę 246 000 zł, za produkcję TV, VoD i viral na kwotę 615 000 zł, za druk broszury na kwotę 285 360 zł.

Nieźle więc podoili, ale nie miejmy złudzeń, nie sądzę, by komuś z PFN zadrżała ręka przy podpisywaniu faktur, przecież tam nikt nie wydaje swoich pieniędzy, tylko państwowe, odprowadzane przez spółki skarbu państwa.

Z kolei te spółki... Znów Morawiecki ma kłopot, bo spółki notowane na giełdzie przedstawiają zarobki ich szefów. Wojciech Jasiński, odwołany już prezes Orlenu, zarobił w samym tylko 2017 roku 1,22 mln zł pensji. I być może dostanie jeszcze premię, w wysokości 1,17 mln zł. Wyjdzie mu więc, że zarabiał 200 tys. zł miesięcznie. Zarobki prezesa PKO BP Zbigniewa Jagiełło to 3,3 mln zł rocznie, szefa KGHM Radosława Domagalskiego-Łąbędzkiego to 1,3 mln zł rocznie, a szefa Lotosu, Marcina Jastrzębskiego, 1,2 mln zł.

To zresztą betka, ciekawsze są transfery ze spółek do zaprzyjaźnionych mediów (wiadomo jakich), na słuszne przedsięwzięcia, itd. To są dziesiątki milionów złotych.

No dobrze, powie ktoś, wygrali, zdobyli państwo, to mogą wydawać na co chcą. Platforma też przecież wydawała. Tylko wówczas inni korzystali. Tak zresztą argumentuje rządowa propaganda. W stylu, że poprzednicy też brali, więc co się nas czepiacie...

Cóż, jeżeli ktoś tak rzeczywiście myśli, to nie mamy możliwości dialogu.

Takie bezczelne dojenie państwa jest jak zdrada stanu. Niszczy państwo. Nawet nie z powodu tych milionów, które są wyprowadzane, bo zawsze to można nazwać "inną ścieżką redystrybucji". Niszczy dlatego, że demoralizuje i aktualnie rządzące elity, i patrzące na to społeczeństwo.

Ci, którzy rządzą, gdy mogą tak inkasować co miesiąc, bardzo szybko odrywają się od rzeczywistości, przekształcają się w kastę, traktującą obywateli jak "onych". A zwykli obywatele, gdy to widzą, najpierw się gorszą, a potem sami zaczynają traktować państwo jak chłopi pańszczyźniani pański las. To do niczego dobrego nie prowadzi, to niszczy wspólnotę, odpowiedzialność za wspólne dobro.

Dlatego polityczni liderzy próbowali apetyty swych przybocznych jakoś powstrzymywać. W PRL takimi cerberami byli Gomułka i Jaruzelski. W III RP pamiętamy Tuska, który przez pierwsze miesiące premierowania nie ruszał Mariusza Kamińskiego jako szefa CBA, tłumacząc, że to najlepszy sposób na trzymanie ludzi PO z dala od wiadomych pokus.

Eksperyment się nie powiódł, ale intencja jest zrozumiała - szef partii, premier, wszystkich podwładnych wzrokiem nie obejmie, nie powstrzyma ich przed wchodzeniem w podejrzane układy. A musi pilnować, bo inaczej straci kontrolę i nad swoimi ludźmi, i nad polityką. Zwróćmy uwagę, gdy Krzaklewski stracił kontrolę nad AWS, gdy Miller stracił kontrolę nad SLD, a Tusk odpuścił sobie sprawy PO, już po paru miesiącach partia rządząca miała kłopoty, wszystko zaczęło się jej rozjeżdżać.

To doskonale wie Jarosław  Kaczyński. Z jego ust podają przecież ostrzeżenia, że PiS zmierza w złą stronę, podobne tezy formułują bliscy mu publicyści. I nic. On swoje, życie swoje. A dlaczego tak się dzieje? Czy Kaczyński nie ma już sił, by twardo chwycić swoich podwładnych za twarz, czy też doszedł do wniosku, że jeszcze można dać im trochę radości z rządzenia? Stawiam na brak sił...

Opozycja też wie, że nic tak nie brzydzi Polaków, jak nienachapana władza, więc rozdmuchuje te wszystkie przypadki jak potrafi. I trudno mieć o to do niej pretensję. Szkoda tylko, że na tym jej inwencja się kończy. Że nie słychać z jej strony propozycji, jak wreszcie skończyć z dojeniem państwa. Jak wyjść z tego zaklętego kręgu.

Sorry, jeżeli opozycja nie potrafi przedstawić przekonywującej wizji państwa skromnego, gdzie publiczny grosz jest szanowany, to zawsze będzie przegrywać. Bo cały polityczny bój sprowadzać się będzie do walki, kto bliżej cycka. Taka bitwa koryciarzy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje