Ciszej nad tymi jabłkami

Gdy jest wojna, władza dba o rannych, choć stara się nie eksponować ich ran, żeby nie osłabiać morale swej armii. Dziś, gdy prowadzimy wojnę gospodarczą i propagandową z Rosją, polskie władze do tej zasady stosują się tylko w połowie - owszem, ukrywają rannych, żeby nie rzucali się w oczy, ale nie za bardzo przejmują się ich losem.

Ci ranni to wielka grupa - rolnicy, którzy do tej pory żyli z eksportu owoców, warzyw i przetworów mlecznych na rynek rosyjski. To są dziesiątki tysięcy ciężko pracujących ludzi, którym w oczy zagląda widmo bankructwa. Jak może być inaczej, skoro w skupie cena jabłek wynosi 10 gr za kilogram! Czyli  poniżej jakichkolwiek kosztów.

Reklama

Ta "cena" to efekt rosyjskiego embarga na polskie produkty. Na pewno bolesnego dla Rosjan, ale i bolesnego dla naszych producentów. A ci producenci to potęga. Nasze sady w ciągu paru lat podwoiły wydajność, pobudowano sterowane komputerami przechowalnie, sadownicy mają nowoczesny sprzęt.

Wartość eksportu jabłek wyniósła w ubiegłym roku ok. 440 mln euro, z czego połowa to był eksport do Rosji. Jeszcze wiosną tego roku grzał się przy tym sukcesie minister rolnictwa Marek Sawicki. Chwalił się, że Polska jest największym eksporterem jabłek na świecie, mówił : "Dobre relacje z najbliższymi sąsiadami to najlepszy gwarant rozwoju polskiego rolnictwa". Parę miesięcy później te "dobre relacje" wyszły mu bokiem...

Gigantyczny skok polskiego rolnictwa to nie tylko owoce, to także mięso, drób i przetwory mleczne. Są tego całe góry. Ile? Mniej więcej rok temu Władimir Putin pęczniejąc z dumy ogłaszał, że eksport broni przynosi Rosji ponad 15 mld dolarów rocznie. Brawo, brawo. Tylko że eksport polskich artykułów rolno-spożywczych przynosi nam 20 mld euro rocznie (do Rosji eksportowaliśmy na sumę 1,2 mld euro). Innymi słowy - nasze sery i jabłka dają więcej niż ich karabiny.

Więc jak ma się tak dochodową i dającą pracę milionom Polaków branżę, to warto o nią dbać. A tego nie widać. To znaczy, widać, że ta władza branżę spożywczą ma w głębokim lekceważeniu.

Po pierwsze, idąc na wojnę z Rosja, absolutnie zlekceważyła interesy tej branży. Spójrzmy, jak wobec Rosji zachowują się pozostałe kraje Grupy Wyszehradzkiej. Z idolem naszej prawicy  Viktorem Orbanem na czele. Węgrzy, Czesi i Słowacy głośno wołają, że są przeciwko jakimkolwiek sankcjom, że Zachód powinien dać sobie na wstrzemięźliwość. Wiadomo, czynią to nie z miłości do Putina, tylko we własnym interesie, żeby nie narażać na straty swoich eksporterów.

Polska postępuje natomiast zupełnie inaczej - jesteśmy w polityce rosyjskiej jastrzębiami, polscy politycy domagają się jeszcze mocniejszych sankcji. A do rangi głównej zasady polityki zagranicznej urosła zasada, że im gorzej dla Rosji, tym lepiej dla Polski. Sorry, ale tak mogą wołać kibole, a od rządu trzeba wymagać rozumu! Bo chyba nikt nie wierzy, że wojna rosyjsko-ukraińska trwać będzie do końca świata... A gdy się skończy, co wtedy?

Ale nie widzę, by ktoś tak rozumował. Politycy, dziennikarze, media wszelakie nadymają się od wojennych okrzyków, tylko nie widzą, że w tej wojnie mamy rannych. Rozumiem, fajnie jest siedzieć w ciepełku, wołać "precz z Moskalem" i czuć się polskim patriotą, ale lepiej byłoby wiedzieć, że my sobie krzyczymy, a tysiące naszych rodaków popada w ruinę.

No dobrze, załóżmy, że Polska musiała zaangażować się w konflikt z Rosją i musiała być tym kimś najbardziej zacietrzewionym i nieprzejednanym. Tak na przykład twierdzi Włodzimierz Cimoszewicz. Ale w takiej sytuacji obowiązkiem rządu było ratowanie rannych. Już wiosną trzeba było rozglądać się za nowymi rynkami zbytu. Znaleziono je? Trzeba też było uruchamiać ratunkowe fundusze. Zapowiadał to Marek Sawicki - że Unia Europejska ma pieniądze na pomoc dla rolników i wszystko będzie dobrze. Te opowieści okazały się humbugiem.

Unia, na wszystkie 28 państw, miała 125 mln euro, a to niewielki procent potrzeb. A na dodatek potem odrzuciła wszystkie polskie wnioski o pomoc. Tu nasze władze dały ciała, pokazały że niewiele w Unii mogą załatwić. Branża spożywcza nie otrzymała też pomocy ze strony rządu, choć akurat 100 mln dla górników z kopalni Kazimierz-Juliusz premier Ewa Kopacz znalazła w kilkanaście minut. Wiadomo, górnicy przyjadą, będą dymić... A rolnicy? A kto ma ich poprowadzić? Kto ma nagłośnić ich sprawę?

Sęk w tym, że główne siły w naszym kraju nie są zainteresowane tym, by o producentach rolnych i ich problemach w ogóle mówiono. Milczą też o tym media. Te publiczne i platformerskie  z oczywistych powodów - taka dyskusja byłaby szalenie kłopotliwa dla PO i PSL, bo pokazałaby nieudolność tej ekipy. Że nie potrafi przewidzieć konsekwencji swych czynów. Więc im ciszej, tym lepiej. Więc zamiast jakichś konkretnych działań mamy wygłupy, typu Sawicki jedzący jabłuszka, bo jak wiadomo, jak je będzie jadł, to rolnikom zrobi się lepiej. Albo zachęty, żebyśmy pili sok jabłkowy i cydr, i to na złość Putinowi. Przepraszam, lubię sok jabłkowy, ale więcej niż litr dziennie go nie wypiję...

Co ciekawe, milczą też na temat rolników media pisowskie. Choć przecież okazja sama pcha się im w ręce. Ale milczą, bo dla PiS-u wojna z Rosją to religia, oni budują się na antyrosyjskości. Więc informacje o dramatycznej sytuacji producentów nie są im na rękę. Bo ktoś się zastanowi - jaki jest sens napieprzania się z Moskwą?

Więc ciszej nad tym serem, nad tym mlekiem, nad tymi jabłkami. Furda to! Ważne, że możemy pokrzyczeć na Moskala. Za friko, bo konsekwencje ponosi ktoś inny.

Tak oto dożyliśmy czasów, że rozum kibola zawitał pod dachy pałaców władzy.

Robert Walenciak

Dowiedz się więcej na temat: Robert Walenciak

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje