Co było najważniejsze w kończącym się roku 2017?

​To nie był nudny rok, działo się sporo, ale - tak myślę - nie jest zbyt trudno wyliczyć wydarzenia ważne. Na pewno takim było przegłosowanie ustaw sądowych, czyli poddanie sądów pod kontrolę partii rządzącej. To ważna zmiana ustrojowa, kolejnym krokiem tego ciągu technologicznego będzie odpowiednia ordynacja wyborcza. Są więc powody, by wołać "gore!", choć na miejscu PiS nie wołałbym "wiktoria!". Z tymi sądami to będą mieli ciężej, niż im się wydaje...

Ważna też była zmiana na stanowisku premiera. Nie sądzę, by była ona tylko prostą zamianą wieży na laufra. Niezależnie od tego, jakim premierem będzie Mateusz Morawiecki, jego wywyższenie jest sygnałem, że w obozie władzy ma miejsce przegrupowanie, że jedne grupy idą w górę, inne tracą wpływy i spadają w dół. To także zapowiedź kolejnych wewnątrzpisowskich bitew.

Reklama

Natomiast z punktu widzenia międzynarodowej pozycji Polski, ważnych wydarzeń było kilka. Unia wdrożyła wobec Polski art. 7 Traktatu Europejskiego. Uczyniła to na posiedzeniu Komisji Europejskiej, w której uczestniczyli komisarze ze wszystkich państw Unii. Więc nie same Niemcy czy Holandia. To wdrożenie, wbrew temu co opowiada rządowa propaganda, nie jest atakiem na Polskę, lecz prostym przypomnieniem, czym są zasady europejskie. PiS, jak dotąd, nie ma zamiaru się uginać. Więc możemy śmiało twierdzić, że rok 2017 jest początkiem jeśli nie wychodzenia Polski z Unii, to na pewno jej marginalizacji. Czegoś na kształt zawieszenia.

A po drugiej stronie mamy konflikt z Ukrainą, i najgorsze wzajemne stosunki od czasu ogłoszenia przez Kijów niepodległości.

Tak oto Polska, krok po kroku, powraca w obszar wpływów Moskwy. I pytanie tylko: czyja to zasługa? Polityków PiS, którzy zalicytowali za wysoko, czy rosyjskich agentów wpływu?   

I proszę mi nie opowiadać, że to wszystko zrównoważy nasz strategiczny sojusz z Węgrami, bo to śmiech na sali. Podobnie jak i wiara w cudowną moc wizyty Donalda Trumpa w Warszawie i sojuszu z Ameryką. Żadnego sojuszu nie ma, a Donald Trump wypisuje regularnie na twitterze, że dobre stosunki z Rosją są w interesie USA. 

Tyle obóz rządzący. A opozycja?

Mocna jest opinia, że nie warto o niej wspominać, bo jest bez znaczenia. Więc może właśnie, dlatego warto jej się przyjrzeć?

Rok 2017 był dla opozycji bardzo zły, że straciła ona kolejne setki tysięcy sympatyków. Jestem przekonany, że dobre wyniki sondaży, w których PiS ma ponad 40 proc. poparcia, to także jej "zasługa". Bo jeżeli ktoś ma wybierać między Kaczyńskim a Schetyną...

Ten wybór jest jeszcze innego rodzaju. Otóż przekaz PO adresowany do wyborców brzmi mniej więcej tak: PiS niszczy demokrację, więc chcemy powrotu do czasów, kiedy my rządziliśmy, a żeby to nastąpiło opozycja musi się zjednoczyć, oczywiście pod naszym przewodnictwem, bo my jesteśmy największą partią.

Przepraszam, ale jest to myślenie prostego partyjnego aparatczyka, któremu za Tuska było dobrze, a teraz wyrwano mu spod czterech liter stołek. Więc płacze.

Nie ma w tym wszystkim cienia refleksji, dlaczego Platforma w roku 2015 przegrała, dlaczego wyborcy powiedzieli jej "nie". Przypomnę, między rokiem 2011 a 2015 PO straciła 2 miliony wyborców! W roku 2015 otrzymała 3,6 mln głosów i 24 proc. poparcia. A cztery lata wcześniej - 5,6 mln głosów i 39 proc. poparcia.

Jak można tego nie widzieć? Jak można nie zastanawiać się, dlaczego te dwa miliony wyparowały? Bo ludzie uwierzyli Beacie Szydło, że Polska jest w ruinie? Sądzę, że poważniejsze były tego zwrotu przyczyny.

OK, rozumiem, że dla ludzi Platformy jej rządy były piękne i udane.  Ale dla tysięcy, zwłaszcza młodych, to była rosnąca spirala beznadziei - praca na śmieciówce, brak szans na samodzielne mieszkanie, a z drugiej strony nachalna propaganda, że żyjemy na Zielonej Wyspie, i kłujące w oczy bogactwo tych, którzy byli bliżej (wiadomo czego). To musiało tak się skończyć, jak skończyło... Donośnym "pa"!

Ale Platforma o swoich błędach nie myśli, wyborców lekceważy, za to nachalnie powtarza, że tylko jedność opozycji zapewni wygraną z PiS-em. Czyli, podporządkowanie się Schetynie.

Naprawdę, trzeba nie mieć oleju w głowie, żeby uważać, że taka operacja cokolwiek przyniesie. Że inne partie opozycyjne poddadzą się PO, i że ich wyborcy też oddadzą swój głos na PO, żeby wróciły czasy PO.

Przecież to jest niemożliwe.

I chyba każdy to wie.

Dlatego też zachowanie Platformy czytać trzeba w inny sposób - Schetyna i PO nie walczą z PiS-em, to jest dla nich wróg daleki, taki z czytanek. Oni walczą z Nowoczesną, z PSL-em, z SLD, z ruchami miejskimi, z Partią Razem, ze wszystkimi co nie z PiS-em. To chcą zdusić, a potem powiedzieć wyborcom - no, jeśli ma być zmiana, to tylko my. Bo nikogo innego nie ma.

Innymi słowy, bardziej zależy im na zdobyciu monopolu bycia opozycją, niż na odsunięciu PiS od władzy.

Zróbmy zresztą taki eksperyment - zaproponujmy PO zjednoczoną opozycję, ale pod warunkiem, że jej szefem będzie na przykład pani Lubnauer. Ciekawe, co odpowiedzą...

Ech...

Więc jeśli będziemy wymieniać dziwy roku 2017, wydarzenia które wpłyną na kolejne lata, to nie zapomnijmy dopisać do nich dwóch zdań: że Platforma Grzegorza Schetyny wybrała. Że woli przegrać wybory, ale być w opozycji sama. W nadziei, że kiedyś w końcu wygra.

Tak to jest, gdy prowadzi się politykę z poziomu powiatu, bo nawet nie województwa.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje