Co z tego, że wygramy, kiedy nas nie będzie?

Dzyń, dzyń, już po świętach! Łosoś raz w życiu wraca do miejsca swoich narodzin, Polak - dwa, trzy razy w roku. W Boże Narodzenie, 1 listopada, i na Wielkanoc...

Nie ma zmiłuj - burza, grad, strajk kontrolerów na lotniskach, korki na autostradach - nic nie zatrzyma Polaka, by wrócić i pobyć. Podoba mi się ta wędrówka. To znak, że coś nas łączy, że jeszcze się nie rozpadliśmy jako społeczeństwo, jako naród. Że jest jakaś wspólnota.

Reklama

Owszem, są głosy, że te przyjazdy to nic takiego, że tylko chodzi o to, żeby przyjechać z wielkiego miasta do wioski, upić się z bratem i szwagrem, a potem jeździć po rodzinie i zadawać szyku nowym autem i nowymi ciuchami. Pokazać innym, że nam się udało. Ale jeżeli nawet tak jest, to i tak w tym wszystkim są dwa cenne elementy: że  jest się z bliskimi, i że się udało.

Jeżeli popatrzymy na Polaków z szerszej perspektywy, spróbujemy znaleźć najczęściej powtarzające się cechy - na pewno będzie wśród nich pęd do sukcesu.  Oczywiście, każdy inną sobie stawia poprzeczkę. Różnie ten sukces może wyglądać, ale że się do niego przymierzamy, to jasne jak słońce. Europa to widzi.

Rozmawiałem niedawno z jednym z wyższej rangi dyrektorów, Polakiem pracującym w międzynarodowym koncernie. Zaskoczył mnie stwierdzeniem, że zawsze, gdy jest w zachodniej Europie, w fabryce, to rozpozna Polaka. Po czym? Ano po tym, że to jedyny człowiek, któremu się spieszy. Inni - slow food, slow job, a Polak powoli nie potrafi. Stara się.

Po internecie od kilkunastu miesięcy krąży skecz niemieckiego kabaretu o polskich i niemieckich majstrach. Polacy zaczynają robotę o 6, pali im się ona w rękach i w kilka godzin robią więcej niż w tydzień fachowiec niemiecki, który jest leniwy, ciągle narzeka, a na koniec wystawia rachunek jak Brama Brandenburska.

Oto nieoczekiwana zmiana miejsc - polnische wirtschaft brzmi pięknie, jak zapowiedź równo ułożonych kafelków za przystępną cenę. Że kafelki a nie komputerowe oprogramowanie? Że polska szynka a nie polski smartfon? Spokojnie, jeżeli mamy ogień w rękach, to i takie rzeczy przyjdą...

Były czasy, kiedy produkty japońskie uchodziły za synonim chały i awaryjności. Dziś etykietka Made in Japan to niemal gwarancja solidności i technologicznej doskonałości. Jeszcze kilka lat temu, gdy chciano powiedzieć o jakimś produkcie, że szajs, mówiono - chińszczyzna. Dziś także chińskiego szajsu nie brakuje, ale obok tego są produkty bardzo wysokiej jakości. Więc i polska marka pójdzie w górę. I mogę tylko żałować, że to podnoszenie się będzie z niskiego pułapu, bo kilka ważnych branż po roku 1989, na fali wmawiania, że wszystko, co z PRL-u to złe, zostało zrównanych z ziemią.

Ech! Nie płaczmy nad rozlanym mlekiem. Zastanówmy się nad czymś innym: co nas tak napędza?

Myślę, że najprostsza odpowiedź: "chciwość", to tylko połowa odpowiedzi. Wiadomo, Polak jak widzi funty, dolary czy euro, i jak to sobie przemnoży na złotówki, pracuje jak Pstrowski. Ale przecież  są w Europie narody jeszcze bardziej chytre i chciwe, a bardziej racjonalnie szafują siłami. Więc?

Gdy zadaję to pytanie, przed oczami stają mi sceny z "Człowieka z marmuru" pokazujące wielką zmianę. Gigantyczny awans tysięcy młodych ludzi, awans pokolenia, któremu otworzono drzwi, wcześniej zamknięte przez stulecia. Lawina poszła. Za Gierka mieliśmy słynne "Polak potrafi" i "dziesiątą potęgę gospodarczą świata", za Jaruzelskiego podbój bazarów w promieniu 500 km od Polski, a teraz mamy kolejną falę.

Ma ona swoje ciemne strony - zmywak w Londynie, śmieciówka w Warszawie, staż za free, kilkunastoprocentowe bezrobocie. Odsetek młodych, w wieku 24-35 lat, mieszkających z rodzicami sięga wciąż 44 proc., choć w takiej Finlandii czy Szwecji  jest to ledwie kilka procent. Młodych nie stać na wynajęcie mieszkania, start w dorosłe życie jest bardziej nieprzyjazny niż kiedykolwiek. Źle to mamy urządzone.

Ale też mamy tysiące Polaków studiujących na Zachodzie, pracujących w dobrych firmach na dobrych stanowiskach, przebijających się do góry. Są lepsi od całej reszty! Co najważniejsze - oni są pozbawieni  jakichkolwiek kompleksów.  Przez lata całe hodowano w Polakach kompleks Zachodu. Byle przeciętniak, który przyjeżdżał stamtąd, robił u nas za gwiazdę, wszystko tam było lepsze, a ludzie mądrzejsi. Teraz granic nie ma i każdy może zweryfikować swoje sądy.

Więc - sukces? Nie. Bo to wszystko okupione jest gigantyczną ceną.

W pogoni za dobrami materialnymi, za tym, żeby mieć jakiś wyznacznik powodzenia, potwierdzenie, że jest OK, Polacy odstawili na daleki plan rzeczy pierwszoplanowe: jesteśmy europejską czerwoną latarnią, jeśli chodzi o przyrost naturalny, gonimy europejską czołówkę, jeśli chodzi o liczbę rozwodów i nerwic, a w ostatnich kwartałach o 50 proc. wzrosła liczba samobójstw. W Polsce Ludowej place zabaw tętniły tupotem dziesiątek dziecięcych nóg, a w III RP - hula po nich wiatr. A Polki chętniej rodzą w Londynie niż w Warszawie.

I może wkrótce okazać się, że Polacy, którzy tak ambitnie zaatakowali Europę, za chwilę odtrąbią porażkę. Bo co z tego, że wygramy, kiedy nas nie będzie?

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje