"Czarny piątek" i trzy wizje państwa

"Czarny piątek" 23 marca to ważna data. Jeżeli 50 tys. wychodzi na ulice Warszawy, blokując je na wiele godzin, to nie jest byle co. Zwłaszcza, że manifestacje były też w innych miastach. No i nie było to organizowane przez partie polityczne, ludzie nie byli zwożeni autokarami. Przyszli sami.

Więc nie ma co się dziwić, że pojawiają się kolejne interpretacje "Czarnego piątku", pytania, czego demonstrujące kobiety chciały naprawdę, i kto na tym zyska? Na to drugie odpowiedź jest prosta - zyska ten, kto będzie potrafił ten gniew zagospodarować. Tu wszystko jest jeszcze otwarte, choć nie sądzę, by akurat Platforma coś z tego miała.

Reklama

Trudniejsze jest, paradoksalnie, pytanie pierwsze. Niby wszystko było napisane na transparentach. Że protest był przeciwko zapowiadanej ustawie, która całkowicie zakazuje przerywania ciąży, nawet jeżeli płód jest trwale uszkodzony. Nakazuje więc rodzić nieuleczalnie chore, kalekie dzieci. Protest skierowany był przeciwko PiS-owi i biskupom. Kościół poczuł więc, jaka jest cena za angażowanie się w życie publiczne.  I że rząd dusz wymyka mu się z rąk.

Ale, myślę, że warto spojrzeć na "Czarny piątek" szerzej, jak na sytuację, w której wyłaniają nam się trzy wizje państwa. Tak, trzy.

Pierwsza, to państwo, które wyłania się z zapowiedzi władzy, państwo opresyjne, w którym policjant i prokurator zaprowadzają porządek. Nie tylko na ulicach, ale również w łóżkach obywateli. Czyli w imię władzy i Pana Boga. To nie jest nic nowego. W Hiszpanii generała Franco nie można było na ulicach ani obejmować się, ani całować, a kobiety nie mogły nosić krótkich spódnic, tylko takie, które przynajmniej zasłaniają kolana. Są kraje, w których istnieje policja religijna. Są państwa, gdzie kobieta, która poroniła jest traktowana jako podejrzana, i może trafić za kratki.

Takie państwa, w których władza i religia idą ręka w rękę, wzajemnie się wspierają, funkcjonują, i PiS w tym kierunku żegluje. Na początek regulując sprawę zakazu aborcji. Na żądanie biskupów.

Nie uważam tego żądania za mądry ruch.  Po pierwsze, wtłacza on Kościół w schemat instytucji opanowanej obsesją seksualności człowieka, zafiksowanej na jednej sprawie. To odbiera powagę. Po drugie, jeżeli aparat państwa ma stać na straży przestrzegania reguł religijnych, to gdzie duchowa siła Kościoła? A podobno w Polsce jest 90 proc. katolików... Po trzecie, burzy ład społeczny (do tego jeszcze wrócę...), wyciąga tysiące ludzi na ulice, którzy otwarcie biskupom złorzeczą, ośmielając innych.

Od tej pory, na pytanie, co masz przeciwko Kościołowi, można odpowiedzieć - to, że chce, by kobiety rodziły kalekie, umierające dzieci. A to nieludzkie.

Więc, skoro wiemy przeciwko jakiemu państwu skierowany był "Czarny piątek", zastanówmy się, za jakim był.

Protestujący mówili o tym chętnie - chcą państwa takiego, jak w Europie Zachodniej. Gdzie kobieta ma wybór. To są kraje, w których nie pochwala się aborcji, i wiele się czyni, by było ich jak najmniej. Cały system jest nastawiony na to, żeby niechciane ciąże wyeliminować, poprzez edukację, i antykoncepcję. I to działa - w krajach, w których kobiety mają wybór, aborcji jest mniej, niż tam gdzie go nie ma. Jeżeli pani X chce rodzić nieuleczalnie chore dziecko, proszę bardzo, nikt jej nie zabrania. Ale i nikt nie zmusza innych do poświęcenia. Ech, nie ma co się nad tym rozwodzić, niby jesteśmy w Unii, a wygląda to tak, jakbyśmy byli na innym kontynencie...

No dobrze, a wizja trzeciego państwa? Ta wizja pojawia się nam w sondażach. Jeden z ostatnich podaje, że za zaostrzeniem obecnego prawa antyaborcyjnego jest 15 proc. Polaków, za jego zliberalizowaniem - 37 proc, a 43 proc. jest za tym co mamy teraz. Czyli, jak to nazywają partie postsolidarnościowe - za kompromisem aborcyjnym.

Osobiście nie uważam obecnej sytuacji za kompromis, chyba że mowa tu o kompromisie między biskupami a partiami postsolidarnościowymi. Mamy przecież jedną z najbardziej restrykcyjnych ustaw antyaborcyjnych w Europie. Ona jest okropna, ale ma jedną zaletę - raczej nie jest przestrzegana.

I to jest ta trzecia wizja państwa - że biskupom mówi się, że jest zakaz, ale niezbyt się go egzekwuje, podziemie aborcyjne ma się dobrze. Takie to nasze państwo jest, katolickie, po-PRL-owskie, zakłamane i pełne hipokryzji... Więc zapowiedź zaostrzenia obecnej ustawy jest czytana jako zapowiedź wojny z podziemiem aborcyjnym, ściganiem kobiet wyjeżdżających przerwać ciążę za granicą itd. Dlatego jest strach. Że kobiety będą zmuszane do rodzenia niechcianych dzieci, do rodzenia nieuleczalnie chorych dzieci, czy też pochodzących z gwałtu. Że zostanie zlikwidowane in vitro, zlikwidowane zostaną badania prenatalne, na które coraz więcej lekarzy, zasłaniając się klauzulą sumienia, odmawia wypisywania skierowań.

Że kobieta zostanie sprowadzona do macicy, która ma rodzić dzieci. Dużo rodzić.

Nie dziwię się więc, że dziesiątki tysięcy kobiet wyszły na ulice protestować, i nie dziwię się ich furii. Dziwię się tym, którzy są tak niemądrzy, że je na te ulice wygnali. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje