Czas się obudzić

​Taka jest najpewniej ludzka natura. Historia dostarcza nam całą masę przykładów, że nagle wielkie grupy ludzi ulegały wierze w jakąś bzdurę i zgodnie z tym działały.

Moim ulubionym przykładem takiej zbiorowej głupoty była "Krucjata dziecięca". W roku 1212 kilkadziesiąt tysięcy dzieci francuskich i niemieckich ruszyło do Ziemi Świętej, w przekonaniu, że za sprawą czystych serc (i z pomocą bożą) oswobodzą ją z rąk muzułmanów. Błogosławili ich księża, pokłon czynili władcy.

Reklama

Przed dziećmi miało się rozstąpić morze (Śródziemne), ale nic takiego się nie stało. Epilog krucjaty był taki, że nigdy nie dotarła ona do Ziemi Świętej, a jej uczestnicy albo pomarli z głodu, poginęli, albo zostali sprzedani w niewolę.

Ale halucynacjom ulegały też osoby z wyższych warstw. W XIX wieku, wśród tuzów Wielkiej Emigracji w Paryżu (Mickiewicz!) karierę zrobiła towiańszczyzna. Sekta nigdy nie przekroczyła stu osób, ale wierzyła, że świat stoi  w obliczu przełomu, i że ciemiężone  narody, z Polską i Izraelem na czele, już za niedługo będą wyzwolone. Tylko trzeba na to siły duchowej, samodoskonalenia, co czynić miał "hufiec boży". Towiański napisał nawet list do cara Mikołaja I, aby przyjął "sprawę bożą" i wprowadził ją wśród narodów słowiańskich. Ale car nie posłuchał...

Cóż...   

Nie śmiejmy się z Towiańskiego, ten jego hufiec to było małe miki. Bo jak wytłumaczyć szaleństwo Niemców i ich wiarę, że są nadludźmi albo wiarę Rosjan, że oto budują raj na ziemi?

Tak ludzie mają, jeżeli głębiej się zastanowimy, to ich wybory rzadko pokrywają się z racjonalną analizą, częściej są wynikiem emocji, uprzedzeń, zachwytów. A dopiero później dorabiane są do tego wszystkiego argumenty, uzasadnienia takich, a nie innych działań.

Jest tego przykładów aż nadto. Ja sam z pewną fascynacją obserwuję budowę kultu żołnierzy wyklętych, w którą włączony został aparat państwa. Co roku dowiadujemy się o wyklętych kolejnych rzeczy, inne z kolei są starannie wygumkowywane. Morderstwa "Burego" na ludności prawosławnej, owszem, uznawane są jako zbrodnia ludobójstwa (to IPN), ale - zaraz dodaje się (to sąd) - że czynione były w stanie wyższej konieczności, w imię walki o niepodległość... I taki bełkot wystarcza.   

Teraz "historycy" z kwartału na kwartał zwiększają liczbę Polaków, którzy przewinęli się przez podziemie, mówią już, że nie była to wojna domowa, ale wielkie ogólnonarodowe powstanie. I za chwilę nic z tamtych czasów nie będziemy rozumieć. "Niepokornym" dziennikarzom, którzy pompują ten balon, zostawiam więc prośbę o odpowiedź na proste pytanie: dlaczego Rajmund Kaczyński nie poszedł do lasu, tylko na Politechnikę? Dlaczego zamiast strzelać, do cywilów przeważnie, wolał kształcić inżynierów, którzy odbudowywali Polskę? Był więc zdrajcą czy patriotą?

Ech, pół biedy, jeśli różne przekonania dotyczą przeszłości, gorzej - gdy chodzi o teraźniejszość i przyszłość. Bo wówczas możemy popełnić wielkie błędy, częstokroć nie do naprawienia. Dlatego w dzisiejszym świecie, w którym zalewani jesteśmy najróżniejszymi informacjami, tak ważna jest umiejętność oddzielenia prawdy od chłamu, tego co ważne, od tego co nieistotne. Umiejętność oceny informacji, jej zważenia - ile w niej jest manipulacji, ile przesady.

Ta umiejętność potrzebna jest wszystkim. Obywatelom, by nie dać się manipulować. Różnym specom od reklamy, politykom, władzy... A i samej władzy - by podejmować racjonalne decyzje. Ileż to jest opowieści, że jakiś przywódca przegrał, bo otoczony był przez gromadę dworaków, którzy przedstawiali mu nieprawdziwy obraz rzeczywistości!

W dużym stopniu w tej pracy, oddzielenia ziaren od plew, pomagały obywatelom niezależne media. Klasyczne dziennikarstwo wypracowało metody, które ułatwiały mierzenie się z rzeczywistością. Weryfikowanie informacji, podpisywanie jej nazwiskiem, odpowiedzialność za nią. Doświadczeni dziennikarze potrafili dokonać selekcji napływających wiadomości i je skomentować.

Niestety, ten świat może nie tyle odchodzi w przeszłość, co spychany jest gdzieś na margines, w różne nisze.

Dziś najgłośniejsze są tabloidy przynoszące sensację. Media państwowe przynoszą pochwały rządu, niemal jak za dawnych lat. Media nie-państwowe zepchnięte są do roli krytyków władzy, co też odbiera im sporo wiarygodności. No i mamy na scenie nowy typ wymiany informacji - media społecznościowe. Tam nie ma żadnych barier, ograniczeń, tam fruwać może każdy wymysł. Niedawna kampania w Stanach Zjednoczonych pokazała jak wielka może być rola kłamstw. I to nie tych przypadkowych, ale celowego łgarstwa. To już zaczyna się w Europie.

Myślę więc, że czas się obudzić. Że pora reanimować tradycyjne dziennikarstwo. Bo błędem jest wiara, że demokracja w sieci nas wyzwoli. A media rządowe pokażą nam prawdę. W obu przypadkach tak się nie stanie. Nie można porównywać anonima z człowiekiem, który przez 20 lat daje swoje nazwisko i swoją twarz, komentując wydarzenia. To jest chyba oczywiste - gdy jesteśmy chorzy, raczej chętniej słuchamy rad doświadczonego lekarza, a nie nieznajomej osoby spotkanej na ulicy...

Tak, tak, ja rozumiem te zarzuty, że ten dziennikarz, który przez 20 lat komentował, nieraz wystrychnął publiczność na dudka, nie raz zapędził ją w krzaki. Więc jaki sens mu wierzyć? Dlatego otrzeźwienie powinno przyjść od mediów. Gwałconych przez polityków, skłóconych... No,  panie i panowie, jak się sami nie będziemy szanować, to traktować nas będą jak szmondaków. 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy