Czy państwo powinno blokować strony porno

Przez media przemknął pomysł ministra Biernackiego, że państwo powinno blokować strony porno. Gorliwego ministra szybko postawił do pionu premier Tusk, który ogłosił, że nic takiego nie będzie, że państwo nie będzie blokować legalnych stron. I sprawa się rozmyła.

Ja jednak przy niej bym się zatrzymał - bo sygnalizuje ona kilka poziomów dyskusji, których w Polsce z reguły się unika, albo prowadzi w fałszywych kostiumach.

Reklama

Pierwszy poziom to banalne rozważanie, czy pornografia ma prawo funkcjonować w przestrzeni medialnej czy też nie, czy być czymś zakazanym?

Nie jestem fanem stron porno, uważam, że dzieci powinny być przed nimi bezwzględnie  chronione, że to towar tylko dla dorosłych, ale przecież nie zakazami takie rzeczy się ogranicza.

Zakazy - śmiem twierdzić - miałyby zerową skuteczność, serwery z różowymi stronami wyniosłyby się za granicę, taka wojna byłaby więc z góry skazana na przegraną. A państwo musiałoby rozbudować aparat kontroli i ścigania - który otrzymałby  potężne pieniądze, i potężną władzę zaglądania do naszych sypialń. Byłoby na zasadzie - zamienił stryjek siekierkę na kijek.

Więc nie tędy droga. Z pornografią wygrać się nie da, można co najwyżej chronić przed jej ekspansją małoletnich i wszystkich tych, którzy nie życzą sobie tego typu treści w przestrzeni publicznej. Tu widzę miejsce dla różnego rodzaju inicjatyw społecznych - tak prawicowych (wiadomo), jak i lewicowych, bo dla lewicy sprowadzanie kobiety do roli seksualnego przedmiotu to obraza.

Ale, przy okazji tej krótkiej dyskusji - blokować strony porno, czy nie - dało się przecież wyczuć pewne marzenie - że można różnymi zakazami ułożyć życie milionów Polaków.

Że można, wykorzystując siłę państwa, i rożne prawne instrumenty, ulepić to społeczeństwo jak się chce.

To jest myślenie coraz mocniej zakodowane na polskiej prawicy, w kręgach kościelnych, i jest tam coraz bardziej powszechne.

Nie tak dawno mieliśmy przecież w Sejmie debatę, by zakazać handlu w niedzielę. Przyglądałem się jej z zainteresowaniem, gdyż interesujące były argumenty zabierających głos. Związki zawodowe mówiły wiele o prawie pracownika do spędzenia niedzieli z najbliższymi. Kościół mówił podobnie, choć podpierał się przykazaniem - dzień święty święcić. Pewnie kalkulując - im mniej osób pójdzie niedzielę do galerii handlowych, tym więcej pójdzie na mszę. Biznes - mówił swoje.

Skończyło się na niczym. Pomysł, że prostym zakazem uda się wypchnąć ludzi z galerii do kościołów, znów nie miał okazji, by się sprawdzić w praktyce.

Ale przecież, nie łudźmy się, to nie koniec.

Sprawa jest zresztą dużo bardziej skomplikowana - sam uważam te galerie handlowe, łomoczącą w nich muzykę, ten styl życia, za chłam współczesnej cywilizacji. Ale przecież nie jest tak, że jedyną alternatywą dla cywilizacji konsumpcji jest nasza kato-prawica, z jej idolami typu ojciec dyrektor Tadeusz, Jarosław-Jarosław czy Jan Pospieszalski, i "prawdami" typu zamach smoleński, umęczony naród polski i agenci.

Tymczasem ona nas wpycha w prostą grę "albo-albo".  Albo jesteś patriotą, albo nie. Albo należysz do narodowej wspólnoty, albo won.

Posłuchajmy zresztą co mówią najważniejsze postaci tej formacji. Tadeusz Rydzyk woła "Polacy, obudźcie się!", a Jarosław Kaczyński dowodzi, że Tusk rozbija jedność narodu.

Mówią więc to samo, z tęsknotą  - że istnieje jakaś mityczna wspólnota narodowa, której serca biją zgodnym rytmem. Że to oni są jej depozytariuszami. A że nie są u władzy to dlatego, że wspólnota została rozbita, ogłupiona. Ale jak przejrzy na oczy, to ho, ho...

Takie myślenie jest nie tylko anachroniczne, ale i  nieprawdziwe, i - co ważniejsze - niebezpieczne.

Wszystkie reżimy autorytarne zawsze odwoływały się do jedności, do wspólnoty, uzurpując sobie prawo jej reprezentowania. Podkreślały swój "patriotyzm", i straszyły złą zagranicą. W Polsce Ludowej mieliśmy jedność moralno-polityczną narodu polskiego, o jedności mówiono w czasach sanacji. Te opowieści odwoływały się nie tylko do poczucia wspólnoty, nie tylko do potrzeby bezpieczeństwa, ochrony, czy uderzały w nutę narodowych kompleksów. One - w swym zamiarze - legitymizowały niedemokratyczną uzurpację rządzących, a także usprawiedliwiały ich politykę wobec tych, co się nie zgadzają, co są obok. Ułatwiały ich wykluczanie ze wspólnoty.

Tak myśli też nasza kato-prawica. My, katolicy, stanowimy 80 proc. społeczeństwa, dlaczego mamy więc ustępować innym? - wołają politycy z prawej stron sceny. Wołają. I są głusi na proste pytanie - w takim razie, dlaczego owe 80 proc. na was nie zagłosowało? Ja oczywiście, rozumiem ich głuchotę, bo nie o logikę w tych wezwaniach chodzi, tylko o samoprzekonanie się, że im należy się więcej. Tak jak SLD, swego czasu, wolno było mniej, tak dziś, PiS-owi - wolno więcej.    

 Innymi słowy, stajemy przed prostym wyborem. Albo akceptujemy PiS, z poglądem ich szefa, że Polacy stanowią wspólnotę narodową, otoczoną przez wrogów, tylko że kto należy do tej wspólnoty, a komu mówi się "precz", to decyduje on, wódz plemienia. Albo też godzimy się z tym, że jesteśmy różni. Pod każdym względem. Że gdy chowano Lecha Kaczyńskiego, to jedni szli za lawetą, a inni - bo była ładna pogoda - jeździli sobie rowerami i zażywali wypoczynku. Że jedni chodzą na koncerty, inni na mecze, a jeszcze inni uczestniczą w procesjach. I żadna z tych grup nie powinna narzucać innej swych przekonań i stylu życia. Więc gdy mówimy o wspólnocie, to nie wywalamy z niej, a priori, tych, którzy nam się nie podobają, tylko szukamy wspólnego mianownika, który umożliwiłby jakiś kontakt.

To jest ta różnica, i to jest ten wybór, przed którym będziemy stawiać, i przed którym - choć chleba to nie daje - nie uciekniemy.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje