Duda i Kaczyński rozmawiają o większym pakiecie

Mamy nową świecką tradycję – przewodniczący Jarosław Kaczyński po raz czwarty pojechał do prezydenta Andrzeja Dudy, by rozmawiać o ustawach dotyczących sądów. No i jest zapowiedź piątego spotkania, a pewnie na tym się nie skończy.

O czym tak oni rozmawiają? Rzut oka na propozycje PiS-u i propozycje Dudy wystarczy. Obie niewiele się różnią, w obu sędziowie brani są pod obcas polityków, co szumnie nazywane jest reformą. W wersji PiS-u ten obcas należy do Zbigniewa Ziobro, w wersji Dudy - do niego samego. Aha, wersja prezydencka dopuszcza jeszcze symboliczny udział w KRS sędziów wskazanych przez opozycję. Tyle!

Reklama

W gruncie rzeczy, mogliby to wszystko uzgodnić w ciągu pierwszych dwóch spotkań. Ale jakoś nie mogą, choć po każdym z nich zapewniają, że za chwilę będzie porozumienie. Dlaczego więc go nie ma? A może rozmawiają o jakimś większym pakiecie?

Owszem, tak właśnie jest. Jarosław Kaczyński trochę o belwederskich spotkaniach szepnął, opisując rozmowę z Dudą. "Powiedziałem - mamy kryzys, na co prezydent odparł, że to nie kryzys, tylko mała kłótnia w rodzinie".

No to już wiemy, że panowie dyskutują nie tylko o ustawach sądowych, ale że tematem ich rozmów jest ułożenie na nowo obozu władzy. Bo trwa w nim walka, między różnymi grupami, co widać gołym okiem.

W tej walce biorą udział nie tylko politycy, ale i publicyści, blogerzy, i kogo tam jeszcze można wyliczyć. Próbowałem wgryźć się w jej geografię, zorientować się o co jakiej grupie chodzi, kto lewica, kto prawica, kto jastrząb, kto gołąb. To robota bez sensu. Chodzi o wpływy, kasę i stanowiska. A te deklaracje, niby programowe, to tylko transparenty dla prostaczków. Bo każda z grup przedstawia się jako ta, która najmocniej chce zerwać z PRL i Polską PO-PSL, najmocniej chce to wyczyścić, i w dodatku tak, żeby prezesowi Kaczyńskiemu było jak najlepiej. Prześcigają się w deklaracjach, kto mocniej kocha prezesa, i bardziej chce mu służyć. Więc co tu analizować?

Epitety, którymi wzajemnie się obdarzają? PiS-owski beton to świrowisko. Z kolei rzecznik prezydenta nazywany jest Czerepachem, Zofia Romaszewska, twarz protestu przeciwko PiS-owskiej wersji przejęcia sądów, jest Złą Zochą, a Andrzej Duda, w najdelikatniejszych wersjach - Dudusiem, Adrianem, Zdrajcą, podrzutkiem ze WSI, itd. Tak oto poetyka gimnazjum trafiła na najwyższe piętra polskiej polityki.

A obok tego mamy inną bijatykę, na haki i na teczki. I nie ma tu litości. Tu Antoni Macierewicz strzela do Andrzeja Dudy - lustrując mu Biuro Bezpieczeństwa Narodowego. I nagle do zaprzyjaźnionej z nim gazety trafiły życiorysy urzędników BBN, oczywiście niegodne, bo z PRL-owską skazą.

No to Duda rewanżuje mu się równie boleśnie - wstrzymując nominacje generalskie, i ujawniając, że gen. Sokołowski, któremu nominację prezydent wręczył na wniosek ministra Macierewicza, w czasach PRL służył w WSW. Od września 1987 roku do września 1988 roku. I zakończył służbę w WSW na stanowisku dowódcy patrolu. Pewnie takiego co chodził po dworcach, zgarniając pijanych poborowych...

Mój Boże, dowódca patrolu... To prawie brzmi jak rosyjski szpieg.

Ale oprócz takich głupot, są i inne strzały. Poważne. Oto rada nadzorcza Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych odwołała prezesa zarządu Piotra Woyciechowskiego. Za co? Pojawiły się informacje, jakoby powodem dymisji miało być ujawnienie przez związkowców z PWPW, że byli podsłuchiwani. Ja oczywiście rozumiem, że jest to pretekst, żeby ludzie Błaszczaka mogli wywalić z Wytwórni człowieka Antoniego Macierewicza (to on był w roku 1992 szefem zespołu realizującego uchwałę lustracyjną).

Wyskoczyła też sprawa aneksu raportu ws. WSI. Bo szef MON zażądał od Dudy jego upublicznienia, ewentualnie - przekazania go Służbie Kontrwywiadu Wojskowego (co na jedno wychodzi).

Ech, ten aneks to legenda. Macierewicz przygotował go w roku 2007, ale ówczesny prezydent Lech Kaczyński odmówił jego opublikowania. Podobnie zachował się jego następca - Bronisław Komorowski. Więc w czasie kampanii wyborczej w roku 2015 i Jarosław Kaczyński, i Andrzej Duda obiecywali, że aneks udostępnią publiczności. "W aneksie ds. WSI musiały być rzeczy, których obawia się prezydent (Komorowski)" - podpuszczał Kaczyński. A teraz, po ostatnim spotkaniu prezesa z prezydentem dowiedzieliśmy się, że obaj stwierdzili, że dalej będzie on tajny.

Dlaczego?

"Ja należę do nielicznych ludzi, którzy czytali aneks. Naprawdę lepiej będzie, jeśli nie zostanie opublikowany" - mówił teraz Jarosław Kaczyński. Więc zaraz nasuwają się pytania - dlaczego aneks ma zostać utajniony? Na jakiej podstawie Jarosław Kaczyński go czytał? To ile osób go zna? Macierewicz, Komorowski, Duda, Kaczyński? I kto jeszcze? Dlaczego Kaczyński nie chce go ujawnić? Czego się przestraszył? Czy tam są haki też na niego?

Sytuacja jest, jak widać, dynamiczna.

No dobrze, a te wszystkie strzały i dymy, to co z nich wynika?

Ano to, że w obozie władzy mamy wojnę, i że jedni idą do góry, a inni w dół. Na pewno wyrąbał sobie mocną pozycję Andrzej Duda. Pisałem o tym zresztą latem, a propos weta wobec ustaw sądowych, że taki jest jego cel. Żeby prezes konsultował z nim najważniejsze sprawy. Leci za to w dół pozycja premier Beaty Szydło (czy ktoś na nią zwraca uwagę?), no i Antoniego Macierewicza.

Zwróćmy uwagę na działania prezesa - jeździ do Dudy, zapewnia, że porozumienie jest blisko, prezentuje się na konferencji z Ziobro i Gowinem, zapewniając, że jest jedność prawicy... A Beatę Szydło i Antoniego Macierewicza pomija. Ba, minister obrony musi znieść cios w postaci odwołania Woyciechowskiego, i deklaracji, że aneks ws. WSI dalej pozostanie tajny. Czym więc odpowie? Z kim się sprzymierzy? Będą na prawicy nowe bitwy? Nowe przecieki? Co na to Rydzyk?

Nie dziwmy się, że Kaczyński zapowiada rekonstrukcję rządu, nowe rozdanie. Że się miota, co chwila opowiadając o jedności. Nie, nie dlatego, że opozycja wchodzi mu na głowę, że ludzie szemrzą itd. Tylko po to, żeby to swoje towarzystwo jakoś okiełznać. Bo za chwilę straci nad nim kontrolę.   

Ta jego sytuacja to żadna w polskiej polityce nowość. Po dwóch latach rządów Krzaklewskiemu zaczął rozsypywać się AWS, a Millerowi - SLD. U Tuska było trochę inaczej, on nad swoją watahą zapanował, bo zaczął wycinać zawczasu potencjalnych rywali i buntowników. No, poza tym, Platforma to nie PiS czy SLD, bardziej pokorne w tej partii obowiązują zwyczaje.

Patrząc na sondaże, wydawałoby się, że Kaczyński może odetchnąć, że pomyślne wiatry go pchają. A tymczasem on ma sztorm, i kiepski wybór przed sobą. Albo wejdzie w buty Millera, kochającego swoje pisklęta, więc będzie patrzył jak mu się wszystko rozsypuje. Albo w buty Tuska, czyli będzie musiał dokonać kilku partyjnych egzekucji, mieć swoją noc długich noży.

Na razie się waha, odwleka, ale losu nie uniknie.

Robert Walenciak

----------------------------

Przeprosiny

Redakcja portalu Interia.pl wyraża ubolewanie z powodu zamieszczonych w tekście Roberta Walenciaka "Duda i Kaczyński rozmawiają o większym pakiecie" (Interia.pl 23 X 2017) zdań: "Oto rada nadzorcza Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych odwołała prezesa zarządu Piotra Woyciechowskiego. Za co? Ano za to, że podsłuchiwał związkowców w PWPW" oraz "Ale pretekst poważny. Pachnącymi poważnymi paragrafami".

Informujemy, że we wskazanym artykule dokonane zostały zmiany.

Pana Piotra Woyciechowskiego przepraszamy za sformułowania, których wydźwiękiem poczuł się dotknięty.


Krzysztof Fijałek

Redaktor naczelny lnteria.pl

25 października 2017 r.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy