Dwie prawdy o 13 Grudnia

W Polsce o 13 Grudnia są dwie prawdy. Pierwsza - ludowa, to, co przekazuje się w rodzinie, i ta druga - oficjalna, która co roku wylewa się z ekranów telewizorów.

Zacznijmy od tej oficjalnej. Otóż, przez 26 lat to ciągle jest powtarzane, razem z pokazywanymi czołgami i ZOMO-wcami rozpędzającymi demonstrujących ludzi, że 13 grudnia generał Jaruzelski wydał wojnę narodowi i go zniewolił. Czasami wzbogacane jest to wspomnieniami osób internowanych albo też opiniami dyżurnych historyków, że Jaruzelski (oczywiście - namiestnik Moskwy w Warszawie) chciał, żeby interweniowali Rosjanie, ale oni się nie zgodzili. I to w zasadzie koniec.

Reklama

Ubolewam nad tym, bo pytanie nasuwa się samo: jeżeli to była wojna z narodem, dlaczego po dziś dzień 41 proc. Polaków uważa, że wprowadzenie stanu wojennego było słuszną decyzją, a 35 proc., że nie? A tak mówią badania CBOS... Co więcej, w grupie osób, które stan wojenny pamiętają, opinię, że Jaruzelski miał rację wyraża ponad 50 proc. ankietowanych!

Te badania pokazują nam, że politycy, dziennikarze, ten cały mainstream to jedna część narodu. I że istnieje część druga, odporna na oficjalny przekaz, na presję. Że istnieją, tak jak w PRL-u, dwie przestrzenie, w których funkcjonujemy. Ta oficjalna, i ta nieoficjalna.

W tym miejscu nasuwają się dwa pytania. Po pierwsze, dlaczego tak wielu Polaków, w zasadzie większość, uważa, że stan wojenny był słuszny? Dlaczego okazali się oni odporni na oficjalny przekaz? A po drugie - dlaczego mainstream, i ten platformerski i pisowski, o stanie wojennym mówi jednym głosem, i to mniejszościowym? Dlaczego oficjalny przekaz jest taki, a nie inny?

Zacznijmy od pytania pierwszego. Dlaczego tak wielu Polaków uważa, że generał Jaruzelski 13 grudnia miał rację?

Odpowiedź jest oczywista. Te 41 proc. to nie są osoby, które stan wojenny by chwaliły, uważały, że to było "kulturalne wydarzenie", że to było jakieś dobro. Bo to było zło. 13 grudnia złamał naród, wepchnął miliony Polaków w opary pesymizmu i zniechęcenia, uwstecznił Polskę, przyniósł ofiary śmiertelne (na szczęście, stosunkowo nieduże). Tylko że jedyną alternatywą była w tym czasie  interwencja wojsk Układu Warszawskiego. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. I to już by było zło absolutne.

Więc te 41 proc. to nie są głosy akceptacji stanu wojennego. To są głosy tych, którzy uważają, że stan wojenny uchronił kraj przed czymś bez porównania gorszym.

Kto pamięta tamten czas, doskonale wie, że karnawał "Solidarności" toczył się w cieniu spodziewanej interwencji. Jan Pietrzak śpiewał w kabarecie: "wejdą, nie wejdą?", a działacze "Solidarności" otwarcie stawiali tezę, że to oni muszą przekonać Moskwę, że są gwarancja jej interesów w Polsce. Wtedy uzyskają pozwolenie na odsunięcie PZPR. "Solidarność może dać Związkowi Sowieckiemu lepsze gwarancje niż rząd" - przekonywał Jan Rulewski.

Obawy, że do Polski wkroczą wojska rosyjskie wynikały z trzeźwej oceny sytuacji geopolitycznej. To był czas pojałtańskiej Europy, a Polska była po wschodniej stronie żelaznej kurtyny.

Wcześniejsze próby oderwania się od ZSRR, czy choćby poluzowania, kończyły się wojskową interwencją - w roku 1956 w Budapeszcie, i w roku 1968 w Czechosłowacji. Polska, z racji położenia strategicznego, była w jeszcze gorszej sytuacji. Na terenie NRD stacjonowała 375-tysięczna armia rosyjska, w Polsce stały dwie dywizje, a także rakiety z bronią jądrową. Jakie dowództwo zgodziłoby się na odcięcie tych oddziałów? Jak można, jak to się czyni w Polsce, za jednym zamachem oskarżać Putnia o agresję i nim straszyć, a jednocześnie zakładać, że Breżniew był łagodny i zgodziłby się na "Solidarność" u władzy?

Prof. Inessa Jażborowska, z którą miałem niedawno okazję porozmawiać, nie pozostawia cienia złudzeń: "Oni byli przygotowani do interwencji. I byli na nią zdecydowani. Do interwencji parł zwłaszcza marszałek Kulikow, dowódca wojsk Układu Warszawskiego. Dla niego najważniejsze było połączenie z siłami stacjonującymi w NRD. Gdyby nie Jaruzelski, interwencja by nastąpiła".

Jeżeli to mówi prof. Jażborowska, to warto nad tymi słowami się zastanowić, bo to jedna z najwybitniejszych specjalistek od stosunków polsko-rosyjskich.  Jest członkinią Polsko-Rosyjskiej Grupy ds. Trudnych. I to jej zawdzięczamy badania dotyczące zbrodni katyńskiej. To ona przekopywała się przez archiwa (na początku lat 90. był moment, że je otworzono...)  i odnajdywała kluczowe dokumenty. Jest m.in. współautorką książki "Katyń. Zbrodnia chroniona tajemnicą państwową" i "Zabici w Katyniu". To także jej badania dotyczące obozów jeńców rosyjskich w roku 1920 pokazały, jak bardzo ta sprawa jest przez Rosjan rozgrywana propagandowo, w imię politycznej tezy, że trzeba mieć odpowiedź na Katyń.

Jażborowska była w Rosji, z powodu swych badań, wielokrotnie atakowana. "Prawdziwym patriotom" (tak w Rosji jak i w Polsce ich nie brakuje) przeszkadzało, że stawia wyżej prawdę niż swoiście pojmowany interes grupy rządzącej. Taka jest. "Oni nie chcą się przyznać, że chcieli interweniować - mówiła mi. - Gorbaczow mówił: nie chcieliśmy wchodzić! A za chwilę dodawał: no, jeśli byśmy musieli, to byśmy weszli. No to jak?".

A gdy pytałem ją o protokół z posiedzenia Biura Politycznego KC KPZR, z 10 grudnia, który dla zwolenników tezy o tym, że Rosjanie nie chcieli wejść, jest najważniejszym dokumentem, mówiła: "Ten protokół jest niepełny, jakby niektóre kartki były wyjęte, wygląda na specjalnie przygotowany tak, by bronić ZSRR. Że nie chciał wejść".

Piszę tak dużo o dzielnej pani profesor przede wszystkim dlatego, że jej zmagania pokazują, jak mocny jest w Rosji syndrom pod nazwą "to nie nasza wina", "my nic złego nie zrobiliśmy". I jak łatwo znajduje on sojusznika wśród polskich dziennikarzy i polityków. Którzy kupią każde głupstwo, jakie wybiela Breżniewa i oskarża Jaruzelskiego. A będą pomijać materiały poważne i poważne wypowiedzi. M.in. materiały znalezione w czeskim sztabie generalnym dotyczące tzw. operacji "Karkonosze", czy wspomnienia gen. Dubynina, który był dowódcą białoruskiego okręgu wojskowego i tylko czekał, z gotowymi czołgami, na rozkaz.

Dlaczego tak czynią? Bo stan wojenny stał się w naszych czasach mitem założycielskim Polski posolidarnościowej. Tak jak dla II RP mitem założycielskim były legiony i Bitwa Warszawska, tak dla partii, które wyłoniły się z NSZZ "Solidarność", takimi mitami są Sierpień 80 i 13 Grudnia. One są przepustką, by mówić: władza nam się należy! To dlatego w mainstreamie zohydzana jest druga strona, przekręcane są jej motyw działania. Dlatego główne media 13 grudnia budują ścianę propagandy. Bo mówią o sobie.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje