Dyplomaci kinomani

III RP przyzwyczaiła nas do tego, że sympatia wyborców może falować od lewicy po prawicę, że może być różnie. I też do tego, że niezależnie od rozmaitych zwrotów, jedna rzecz jest stabilna - kierunki polityki zagranicznej. Było wiadomo, że Polska chce wejść do struktur zachodnich, potem - że chce zająć w nich dobre miejsce, i że staramy się wysyłać za granicę ludzi poważnych i kompetentnych (i to przeważnie się udawało). Teraz jest inaczej. Czyli jak? No właśnie tego nie wiadomo...

Przykładem niech będzie stosunek PiS do Angeli Merkel. Przez całe miesiące PiS ją obrażał, Jarosław Kaczyński sugerował, że ma powiązania ze STASI, Niemcy były pokazywane jako główny wróg, dławiący wolność państw Europy, opowiadano, że Polska to kondominium rosyjsko-niemieckie (czyli putinowo-merkelowe). A teraz PiS mówi (za Jarosławem Kaczyńskim, oczywiście), że w interesie Polski leży, żeby przyszłoroczne wybory w Niemczech wygrała Angela Merkel, że trzymamy za nią kciuki.

Reklama

Przepraszam, gdzie tu rozum? Gdzie powaga? To nikt wcześniej nie wytłumaczył Kaczyńskiemu, jak wygląda scena polityczna w Niemczech? Jakie są polskie interesy? I że choćby dlatego warto powściągać języki?

Teraz rolę tego złego odgrywa Donald Tusk, przewodniczący Rady Europejskiej. Tutaj też rolę "arbitra elegancji" odgrywa Jarosław Kaczyński, który parę tygodni temu o Tusku mówił takimi słowy: "Ktoś taki jak Donald Tusk nie powinien być dłużej przewodniczącym Rady Europejskiej. Jestem głęboko przekonany, że byłoby to przeciwko Unii Europejskiej".

Po takich słowach ci stojący niżej w hierarchii już wiedzą, co mówić i jak się zachowywać. Więc Witold Waszczykowski, szef MSZ, który drży o posadę, uzupełnił słowa szefa. I powiedział, że do tej pory Polska nie otrzymała ze strony Tuska "żadnej rekompensaty", i że bardziej był politykiem unijnym niż polskim. Ale że ma czas do maja, bo wtedy PiS będzie decydował, czy rząd będzie popierał go na kolejną dwuipółletnią kadencję, czy nie.

Innymi słowy, Waszczykowski by chciał, żeby Tusk uzgadniał z nim swoje działania, to wtedy może w maju go poprze. Mimo że "byłoby to przeciwko Unii".

Logiki też nie ma tu żadnej. Poza logiką "walenia" w Tuska. Pokazywania go swojemu elektoratowi w jak najgorszym świetle - że nie słucha się Kaczyńskiego, i że kosmopolita. Ale czy na innych to robi wrażenie?

Patrząc na ten magiel z boku, z punktu widzenia innych europejskich państw, wygląda to strasznie...

Zejdźmy stopień niżej w dół - media obiegają doniesienia na temat dwóch nowych "wynalazków" Witolda Waszczykowskiego, ambasadorów w Niemczech i USA. Obaj zajmują się wyświetlaniem filmu "Smoleńsk", urządzaniem pokazów. To są ich najważniejsze zadania.

Ambasador w USA, Piotr Wilczek, przy okazji pokazu zdążył powiedzieć, że "Niektóre media naciskają, że samolot (...) spadł na ziemię z powodu błędu pilota. Ale ci, którzy promują takie wyjaśnienie, zapominają, że scenariusz o błędzie pilota pozostaje jedną z wielu teorii, którym nigdy nie towarzyszyła najmniejsza wskazówka prawdziwego dowodu".

Wyświetleniem "Smoleńska" zajmuje się też ambasador w Niemczech, Andrzej Przyłębski, prywatnie mąż sędzi Julii Przyłębskiej. Tej wybranej do Trybunału Konstytucyjnego przez PiS, która ma zastąpić Andrzeja Rzeplińskiego, a która ostatnio zasłynęła tym, że poszła na L-4. Ambasador, mimo że kino w Berlinie odmówiło mu pokazu, tym się nie zraził. Ma ambicje wyświetlać film także w innych niemieckich miastach. I mówi tak: "Impreza adresowana nie jest głównie do Polonii, tylko przede wszystkim do korpusu dyplomatycznego oraz polityków Bundestagu, urzędników MSZ i innych ministerstw".

Oto więc zadanie polskiej dyplomacji - wyświetlanie filmu "Smoleńsk" i tłumaczenie widzom (najlepiej politykom), że ten wybuch (czyli zamach) to najbardziej prawdopodobna wersja. Tak mają zmieniać świat.

W dawnych czasach lubiliśmy podśmiewać się z syzyfowych prac ambasadorów takich państw, jak Libia czy Korea Północna. Bo obie ambasady z wielkim finansowym i organizacyjnym wysiłkiem próbowały krzewić w Polsce (na świecie) prawdy swoich wodzów. Więc Libijczycy organizowali prelekcje dotyczące "Zielonej Książeczki" Muammara Kadafiego, a Koreańczycy - idei dżucze. Oczywiście nadaremnie, bo nie przypuszczam, by przekonali do swych teorii choćby jednego Polaka. To raziło, no i z góry skazane było na porażkę.

Więc zastanawia mnie, dlaczego nagle polska dyplomacja dołącza do tego typu państw, przestaje zajmować się tym, do czego jest powołana, a ambasadorowie zajmują się wyświetlaniem filmów i przekonywaniem widzów do PiS-owskiej wersji świata.

To głupio, że sami spychamy się do grupy państw śmiesznych.

Dowiedz się więcej na temat: felieton | Robert Walenciak

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy