Dziecinada z grzebaniem w ordynacji

Polityka jest pełna tego typu trików - opowieści o cudownych rozwiązaniach, po wdrożeniu których, jak za przyciśnięciem kontaktu, zło zniknie, i zapanuje dobro. To są takie maszynki do mielenia ludziom w głowach, do budowania armii zwolenników. Czysty, żywy PR. Te cudowne rozwiązania spotykał później różny los - jedne wchodziły w życie i okazywało się, że zło nie znikało, inne lądowały w niszczarkach, zapomniane, a jeszcze inne krążą w publicznej przestrzeni.

Jednym z nich  jest wiara w JOW-y, czyli jednomandatowe okręgi wyborcze. Wiara, jak wiara - trudno z nią dyskutować. Ważniejsze jest coś innego - opowieści zwolenników JOW-ów jakiej chcieliby Polski.

Reklama

Otóż mówią oni, że ich system to skuteczny sposób na walkę z partyjniactwem, na uniezależnienie posłów od partyjnych aparatów, i uzależnienie ich od wyborców. Zapewniają też, że taki system generował będzie posłów chętnych do rozmowy ze zwykłymi ludźmi, nie kłócących się, skupionych nie na ideologicznych wojnach, tylko na sprawach naprawdę interesujących wyborców.

Taką litanię marzeń przedstawiają. Sęk tylko w tym, że jednomandatowe okręgi wyborcze nie tylko do tej wymarzonej Polski ich nie przybliżają, ale w sposób zdecydowany oddalają.

Wystarczy zresztą zastanowić się, jakie efekty przyniosłoby ich wprowadzenie. To nie jest trudne, taki system funkcjonuje w USA i Wielkiej Brytanii, a także... w Polsce, w wyborach do Senatu.

I co?

Szału nie ma. Stany Zjednoczone i Wielka Brytania to bastiony systemów dwupartyjnych. Wprawdzie teraz w Londynie rządzi koalicja konserwatystów i liberałów ale to szlachetny wyjątek, coś co zdarza się raz na kilkadziesiąt lat. Również w naszym Senacie króluje partyjniactwo, na 100 senatorów 96 reprezentuje PO, PiS i PSL. Jest tylko czterech niezależnych - Marek Borowski, Włodzimierz Cimoszewicz, Kazimierz Kutz i Jarosław Obremski. A jak zdobyli mandat? Niech przykładem będzie Borowski - wystartował jako niezależny, ale uzyskał poparcie SLD i PO, a poza tym te partie nie wystawiły w okręgu własnych kandydatów. Więc jego sukces był sukcesem nie tyle udanej kampanii, ale przede wszystkim tego, co się zdarzyło przed kampanią, czyli umiejętnościom partyjnych negocjacji, które Borowski wykazał.

Inni "niezależni" tych umiejętności i tej pozycji nie mieli - więc przegrali z tymi kandydatami, których wybrały duże partie, zorganizowały im kampanię, sfinansowały ją, mobilizowały wyborców.

Takiej chcecie Polski JOW-owcy?

Na to nakłada się jeszcze jeden element - polityczna geografia. Są rejony w Polsce, gdzie dominuje prawica, są takie, w których prawica zawsze przegrywa - jeżeli podzielilibyśmy Polskę na okręgi jednomandatowe, już na starcie mielibyśmy takie, w których wynik byłby przesądzony. Czyli, że znaczna część wyborców z tego okręgu trwale pozbawiona byłaby swojej reprezentacji.

JOW-y w praktyce oznaczają więc zabetonowanie sceny politycznej - do dwóch partii. I wprowadzenie rzeczywistych barier dla lokalnych liderów, którzy nie chcą przebijać się przez partyjne struktury.

Jeżeli więc chcemy otworzyć szerzej Sejm na przedstawicieli społeczności lokalnych, mniejszych ugrupowań, trzeba iść w inną stronę.

W jaką?

Na to pytanie zna na pewno odpowiedź Janusz Korwin-Mikke, który kandyduje gdzie się da od kilkudziesięciu lat, i zawsze przegrywa (w wyborach większościowych również). Do Sejmu dostał się tylko raz - w roku 1991. Dostał się - dzięki ówczesnej ordynacji, która była proporcjonalna, pozbawiona była pięcioprocentowego progu, a także tworzyła duże okręgi wyborcze. 

Brak pięcioprocentowej bariery dawał szansę każdemu, kto czuł, że w swoim okręgu może zebrać spora grupę wyborców. Ważne też było, że okręgi wyborcze były wielomandatowe. Po prostu, łatwiej jest małemu ugrupowaniu dostać się do Sejmu z okręgu który liczy 15 mandatów, niż takiego, na który przypadają 4 mandaty. W pierwszym przypadku wystarczy parę procent poparcia. W drugim - nie starcza i kilkanaście.

No dobrze, ale każdy kto pamięta Sejm z lat 1991-93 kojarzy go z bałaganem, koalicjami liczącymi po pięć, siedem partii, i to takimi na chwilę, bezustannymi kłótniami. Coś za coś! Mieliśmy, z jednej strony, feerię postaw i polityków, każdy mógł znaleźć swojego reprezentanta, a z drugiej - ciągłe awantury i brak stabilności.

To dlatego, przestraszeni tym bezhołowiem politycy wprowadzili do ordynacji barierę 5 proc., żeby zaprowadzić w Sejmie jako taki porządek.  

Efekt mamy jaki mamy - narzekamy na zabetonowanie, na to, że system partyjny nie pozwala przebić się jakimś wybitnym postaciom, szlachetnym, oddanym sprawom publicznym. Czyżby?      

Przecież parokrotnie w III RP przebijali się do Sejmu przedstawiciele nowych sił, ludzie wcześniej nieznani. Mieliśmy posłów Ligi Polskich Rodzin, Samoobrony, teraz mamy inną nowość - Ruch Palikota. Przepraszam, ale nie zauważyłem, by wnieśli oni jakieś ożywcze myśli do parlamentu. Po prostu, polityka jest bardzo trudną sztuką, łatwo być byle jakim politykiem, ale już pierwszoligowym - bardzo trudno. To wymaga i siły charakteru, i porządnej wiedzy, i wielkich umiejętności.

Przyjmijmy więc, że lepszych polityków w Polsce nie znajdziemy, szukajmy raczej sposobów, które pozwolą uważniej patrzeć im na ręce, zmuszać do lepszej pracy. Promować tych lepszych, demaskować łobuzów.

W demokracji tę rolę pełnią niezależne, wielobarwne media. I ten segment - sądzę - wymaga naprawy. Jak? To jest temat na inną opowieść. A grzebanie w ordynacji nic nie zmieni - to dziecinada.

Robert Walenciak


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje