Ekipa Tuska coraz bardziej ponura

Mówiącym sercem partii jest Stefan Niesiołowski. To on nadaje ton. Człowiek żywiący się szczawiem. Nie Donald Tusk. Premier abdykował, ogłosił, że rewolucji robić nie będzie, że on wsłuchuje się w naród, w to, co chce większość, i potem robi, co naród chce. I że salonowy rewolucjonista to nie on.

Ejże! Oto cytat: "Jeśli Polacy cieszą się dziś z wolności i niepodległości, to one narodziły się i przetrwały dwadzieścia kilka lat dlatego, że w każdym kluczowym momencie naszej historii odnajdywali się ludzie, którzy potrafili powiedzieć głośno, patrząc innym w oczy, że nawet jeśli są dziś w mniejszości, to (będąc) przekonani do racji i istoty interesu narodowego, są gotowi wziąć na siebie odpowiedzialność za podjęcie trudnej decyzji - nawet jeśli przyjdzie potem zapłacić za to dużą cenę".

Reklama

Kto to mówi? Kto woła, że przywódca musi brać odpowiedzialność za "trudne decyzje", nawet jeśli przyjdzie mu za to "zapłacić dużą cenę"? Ano Donald Tusk. Mówił te słowa rok temu podczas debaty o odrzuceniu referendum w sprawie wieku emerytalnego.

Podwyższenia wieku emerytalnego, tego słynnego 67,  Tusk bronił jak niepodległości. W tej sprawie w nosie miał naród, bo "przywódca musi patrzeć do przodu". A w innych sprawach - takich jak związki partnerskie, in vitro, dofinansowanie Kościoła - już nie jest stanowczy, tu się zastanawia.

Jest jakaś prawidłowość w tym, kiedy jest taki, a kiedy jest inny? Owszem. Gdy trzeba przycisnąć naród nowym podatkiem, zabrać biednym, by dać bogatym - Tusk to robi. Gdy można przegłosować sprawę związków partnerskich, załatwić raz na zawsze sprawę in vitro albo tych cholernych umów śmieciowych (o aborcji nie wspomnę, bo tu przecież mamy "kompromis") - Tusk kluczy, chowa się za innych.

Powiedzmy sobie szczerze - zachowuje się jak zwykły, prawicowy polityk, pilnujący interesów ludzi bogatych, kościelnego modelu społeczeństwa i tego, żeby za wiele się nie zmieniało.

A te opowieści, że jest z centrum, że stawia się Kościołowi, to jest maska, którą chętnie przybiera. Pomaga mu w tej przebierance nasza głupawa skrajna prawica, która przedstawia go jako lewaka. Nie zaskakuje mnie to - historia II RP zna podobny przypadek. Wtedy było tak, że dla KPP wszystko co na prawo od niej (czyli wszystko) było "faszyzmem", tak to nazywali. Faszystowska była dla nich nawet PPS, wymyślili zresztą na tę okoliczność odpowiedni  termin - socjalfaszyzm.  Jak widać, czasy się zmieniają, ale polityczne kalki - nie za bardzo.

Gdy mówimy o kalkach, to przecież nie można pominąć nasilającego się zjawiska - ludzie Platformy, partii rządzącej, odjeżdżają na naszych oczach. Oklaskiwani przez swych partyjnych towarzyszy.

Niesiołowski woła o szczawiu i mirabelkach, a oni podnoszą kciuki do góry - ale się odwinął! W jego ślady idzie Elżbieta Radziszewska, która zaczęła filozofować, że być może trzeba będzie wprowadzić opłaty za "nieuzasadnione" wezwanie karetki... Bo ludzie cwaniaczą, w drobnych sprawach dzwonią na pogotowie albo idą do SOR-ów.

Wiadomo, ustrój jest fajny, tylko ci cholerni ludzie nadużywają jego dobroci! A won ze szpitali!

Joanna Mucha, nieudana ministra sportu, zrobiła z kolei głupią minę, gdy wybuchła sprawa skandalicznych premii, które trafiły do portfeli szefów spółki PL2012+. Przecież dostali je zgodnie z prawem! - piszczała nasza nie-blondynka. No jasne, pani ministro, a czy mogli dostać inaczej? Czy wyciągali te pieniądze nocą z ministerialnego sejfu?

Głupio tak przypominać sprawę, która przeleciała przez wszystkie media, ale panowie ze spółki PL2012 przytulili po 1,3 mln zł tytułem premii. Za co? Za byle co. Spółka nie budowała stadionów na Euro,  nie budowała autostrad, nie organizowała mistrzostw. Zajmowała się "koordynowaniem i nadzorowaniem"  różnych przedsięwzięć. I tyle. Czyli robieniem dobrej miny, bo i tak na nic wpływu nie miała. Koszty działalności spółki wyniosły ponad 84 mln zł . A teraz jeszcze pani Mucha puściła jej szefom po 1,3 mln zł lekką ręką.

A! I jeszcze, jakby tego było mało, odezwał się szef związku pracodawców Cezary Kaźmierczak,  który zbeształ szefa "Solidarności" Piotr Dudę, że ten chce wyższej płacy minimalnej i chce bronić kodeksu pracy. I napisał mu krótko w nos: mam w dupie wasze ustalenia, jak mi się prawo nie spodoba albo biznes nie styknie, to będę płacił śmieciówkę albo zatrudniał na czarno! Oto mamy gościa, który otwarcie mówi, że będzie oszukiwał państwo. I chama na dodatek.

Słucham tych wszystkich wypowiedzi i słyszę w nich narastającą złość. Że oto sobie ułożyliśmy fajne życie: ten jest ministrem, ten kasuje 1,3 mln zł premii, tamtemu też się dobrze wiedzie, bo czesze biedniejszych od siebie, a tu za płotem jakiś lud się burzy.

Premier Tusk  chwali się, że zszywa różne Polski, że nie ulega naciskom, zwłaszcza naciskom najsilniejszych grup. Że nad tym wszystkim panuje. To bzdura - gołym okiem przecież widać, że nie panuje nad swoją partyjną sforą, nad bezczelnym zgarnianiem publicznych pieniędzy i niemądrymi komentarzami.

Do tej pory tak było, że on i jego ekipa górowali nad pisowską opozycją opanowaniem, powagą, unikaniem głupot. To tamci szaleli, opowiadali o trotylu, o kondominium, Targowicy i tak dalej.

Chcę zauważyć, że to się zmienia. Że to ekipa Tuska wygląda coraz bardziej ponuro, a jak się odezwie, to tylko nos zatykać.

Robert Walenciak


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy