Gry ludzi PiS-u

W czasach słusznie minionych szczególnie cenieni byli na Zachodzie tzw. kremlinolodzy, fachowcy, którzy potrafili, analizując najdrobniejsze odstępstwa od etykiety, pozycjonować układ sił w Biurze Politycznym KC KPZR, przewidywać, kto idzie do góry, a kto spada, i w którym kierunku imperium moskiewskie będzie ewoluować. To była trudna sztuka, trzeba było znać i rozumieć metajęzyk, którym posługiwali się władcy Rosji, interpretować niuanse.

Przytoczę drobny przykład - co jakiś czas w Moskwie ogłaszano, że najwyższa pora, by partia powróciła do leninowskiego modelu współżycia, do leninowskich zasad demokracji. Dla postronnych był to bełkot, mowa-trawa. A dla wtajemniczonych to było jak dzwon. Bolszewicy, po przejęciu władzy w Rosji wprowadzili brutalną dyktaturę, zakneblowali naród, ale sami, w wewnętrznych dyskusjach, używali sobie aż miło. Pierwsze zjazdy po rewolucji były tego dowodem - one trwały wiele dni, oni między sobą się kłócili, przekonywali jeden drugiego, wygłaszali różne opinie, jednomyślności tam nie było, i nikt z tego powodu nie lamentował. 

Reklama

To były te leninowskie zasady, co w tłumaczeniu na język politycznej praktyki oznaczało, że naród ma być trzymany, tak jak zawsze, krótko, ale ważni działacze - mogą sobie pozwalać. 

Jeżeli popatrzymy na losy innych partii, czy w Rosji, czy na Zachodzie, czy w Polsce, bynajmniej nie komunistycznych, to również tam zauważymy ten mechanizm. Że partia to jest lider, potem skupione wokół niego grono kilkudziesięciu współpracowników, doradców i zaufanych. A potem grono jeszcze szersze, kilkusetosobowe, czasami większe, ważnych działaczy w aparacie państwowym i w tzw. terenie. I to jest ta grupa, która ma na politykę wpływ. 

Jak duży? Ano spory. Przypomnę wydarzenia sprzed paru tygodni. Media o tym mówiły - że Jarosław Kaczyński spotyka się z posłami, podzielonymi na grupy, i z nimi konsultuje pomysł rekonstrukcji rządu. Sonduje ich opinie, rozmawia. I dopiero po tych spotkaniach, prezes zdecydował o zmianach. Zwróćmy też uwagę na to, co działo się później, po odwołaniu Antoniego Macierewicza z funkcji szefa MON. Otóż jego zwolennicy zawyli. Ale - jak! Tomasz Sakiewicz z "Gazety Polskiej" rzucił się z pretensjami na Andrzeja Dudę, oskarżając go, że "wyżebrał" dymisję Macierewicza. No i oświadczył, że nie odda na niego swego głosu. Duda stał się dla "Gazety Polskiej" wrogiem, głównym winowajcą nieszczęścia Antoniego, oni zaczęli go nazywać Dudaczewski (że niby taki Dukaczewski), i wołać, że stoi tam, gdzie ZOMO. W tych oskarżeniach jedna rzecz jest ciekawa, a druga śmieszna. 

Ciekawe są symbole zła, które przypisują prezydentowi. To pokazuje inwencję i sposób myślenia prawicowych mediów. A śmieszne jest to, że jego czynią winnym. Przepraszam, nawet średnio rozgarnięty obserwator polityki wie, że nie Dudy głos w sprawie odwołania Macierewicza był najważniejszy. Że zadecydował w tej sprawie Jarosław Kaczyński. Owszem, mógł być przez innych namawiany, ale gdyby nie chciał, to żadnej zmiany na stanowisku szefa MON by nie było. Więc po cóż "Gazeta Polska" uderza w Dudę, skrzętnie pomijając udział w całej operacji osoby najważniejszej - Jarosława Kaczyńskiego?  

To też jest rodzajem gry, rodzajem używanego w PiS języka. Kaczyński - i wie o tym Sakiewicz - jest w PiS-ie nietykalny, więc uderzać w niego "GP" nie może. Bo szybko przyszedłby rewanż. Więc Sakiewicz udaje niezorientowanego, i strzela do Dudy. Po pierwsze - zamiast. Że kocha cesarza, tylko niektórzy dworzanie mu się nie podobają. O nielojalność ich podejrzewa. Po drugie - w nadziei, że jak prezydent osłabnie, to siłą rzeczy wzmocni się w obozie władzy przeciwne skrzydło. 

Takie to gry ludzie PiS-u toczą. Niby pod czujnym okiem prezesa, niby prześcigając się w deklaracjach oddania i wierności, a robiąc swoje. Najnowszym przykładem było ubiegłotygodniowe głosowanie w Senacie, dotyczące senatora PiS Stanisława Koguta. Senator ma zarzuty korupcyjne, więc prokuratura chętnie zatrzymałaby go w areszcie. Ale żeby tak się stało, Senat musiałby wyrazić na to zgodę. I nie wyraził, choć w tej izbie większość bezwzględną ma PiS. A na dodatek, Jarosław Kaczyński dzień przed głosowaniem mówił senatorom, że oczekuje, że nie będą bronić Koguta. 

A tymczasem zagłosowali inaczej, na pewno ośmieleni faktem, że głosowanie było tajne. I jak to ocenić? Taki przejaw nieposłuszeństwa? Że nie słuchają Kaczyńskiego? Czy też nie wierzą w dobre intencje ziobrowej prokuratury?  

Inny rodzaj gry prowadzi szef TVP Jacek Kurski. Właśnie wymienił szefów programów informacyjnych. To już jest bodajże trzecia albo czwarta zmiana za jego kadencji. 

PiS ma większość jak miał, a tu kadrowa karuzela. O co chodzi? Może o zmieniającą się inną większość wewnątrz PiS-u? Może więc Kurski, decyzjami kadrowymi, walczy o swój stołek? Podobno krytykują go ludzie od premiera, że robi nachalną, paździerzową propagandę. Więc on rozbraja ataki, wyrzucając z sań jednych, oferując stanowiska i większe wpływy innym. Innym PiS-owcom. Jak widać, prezes TVP za nikogo głowy nadstawiać nie zamierza, kalkulując, że skoro jego głowa jest zagrożona, to ją przede wszystkim musi ratować...  

Tak oto w naszej pięknej Polsce  toczy się życie polityczne. To teatralne - to pyskówki między ludźmi władzy i opozycją. Bez większego znaczenia. To realne - to gra wewnątrz PiS-u, ta leninowska demokracja, dla owej grupy tysiąca wtajemniczonych, posługujących się sobie znanym językiem gestów i symboli.    

I tylko czasami tym z zewnątrz uda się na drugą stronę coś przerzucić. Ale to muszą być petardy, typu "czarny protest" czy reportaż o rodzimych neonazistach i świętowaniu przez nich rocznicy urodzin Hitlera. Wtedy władza, niechętnie, postękując jak urzędniczka, do której przyjdzie petent, gdy ona pije kawę, jakoś tam reaguje. Poza tym, drzwi nie otwiera. Chyba że sama chce ludowi coś ogłosić.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje