Koniec wielkich zmian w Polsce

Od II wojny światowej Polska przeżyła trzy wielkie zmiany. Pierwszą była tzw. socjalistyczna industrializacja lat pięćdziesiątych i wcześniejszych, kiedy miliony chłopskich dzieci przeprowadziło się ze wsi do miast, z drewnianych chałup do bloków z bieżącą wodą. Z karłowatych gospodarstw do budowanych fabryk. Awans społeczny milionów przeorał Polskę, zmienił ją, tak naprawdę stworzył kraj, w którym dziś żyjemy.

Drugą wielką zmianą była epoka Edwarda Gierka. Gierek otworzył chłopską Polskę na świat, pokazał jej trochę Zachodu, nowoczesności, zainfekował wirusem przedsiębiorczości i okcydentalizmu. Rozbudzone aspiracje - to jest cecha do dziś charakterystyczna dla naszego społeczeństwa.

Reklama

Trzecią wielką zmianą był czas Balcerowicza, który wprzągł nas wszystkich w twardy kapitalizm. Różnie Polacy przez ten czas przeszli, różne są oceny jego działań, ale nie ma wątpliwości, że Balcerowicz zmienił Polskę i Polaków. Stefan Kisielewski mówił to wprost (cytuję z pamięci): "Polityka mamy jednego. To Leszek Balcerowicz. Wszyscy inni mogą być tylko przeciw niemu lub za nim".

Kolejne lata III RP to było już tylko dopełnienie tej przemiany. I nawet takie wydarzenia jak wejście do NATO, czy wejście do Unii Europejskiej, w porównaniu z czasem Balcerowicza wyglądają jak wyblakłe kartki z kalendarza.

Czy to więc oznacza, że wielkich zmian szybko spodziewać się nie powinniśmy?

Patrząc na działania Platformy aż się prosi odpowiedzieć, że tak. Platforma z opowieści, że jakichkolwiek zmian wprowadzać nie zamierza uczyniła motyw przewodni swych rządów. Celem największym jest Euro 2012, przygotowanie się do tej imprezy. Więc chodzi nie o jakąś zmianę, ale o dobre (i zyskowne) ugoszczenie kilkuset tysięcy kibiców. Delikatnie mówiąc - nie jest to wielki program. Zresztą premier Tusk zapowiada, że reformy nie mogą boleć, że żadne prywatyzacje, żadne wstrząsy. Ma być jak jest. A jest dobrze, bo Kaczyński za drzwiami.

To wiele tłumaczy. Między innymi to, dlaczego premier chce zostawić na stanowisku panią Radziszewską, pełnomocnik rządu ds. równego traktowania. Pani Radziszewska swymi działaniami i kołtuńskimi wypowiedziami poobrażała środowiska, z którymi powinna współpracować, pożytku rząd nie ma z niej żadnego, zamiast łagodzić, regularnie wywołuje skandale. Ale po tym, jak powiedziała, że szkoła katolicka ma prawo zwolnić nauczycielkę lesbijkę, w jej obronę zaangażowali się księża i biskupi, więc Donald Tusk chwycił okazję w lot, i szybko zadeklarował, że jej nie zdymisjonuje. To banał - jeśli ktoś chce walczyć w Polsce o władzę, powinien mieć za sobą sympatię Kościoła albo chociaż jego neutralność. Jarosław Kaczyński bardzo o tę sympatię zabiega, oferuje biskupom najwięcej. Czemu więc się dziwić, że Tusk nie chce ustąpić mu pola?

A przypomnę, że w roku 1991 ówczesny premier Jan Krzysztof Bielecki za podobne słowa natychmiast wywalił wiceministra zdrowia Kazimierza Kaperę. Ale wtedy liberałowie jeszcze czuli się liberałami, o coś im chodziło...

A Kaczyński i PiS, to może oni nie tylko chcą władzy ale i wielkiej zmiany...

Nie miejmy złudzeń. Jeżeli popatrzymy na okres rządów Jarosława Kaczyńskiego, to do wielkich zmian nawet się nie przymierzano. W sferze społecznej, struktur, miało być jak było. A pilnowała tego minister finansów Zyta Gilowska, zaimportowana z ław Platformy. Kaczyński prowadził prawicową, liberalną politykę, nic tu nie zmieniał.

Za to chciał dużo zmieniać w sferze samej władzy.

Zanegować dotychczasowy model szefa rządu, który jest pierwszy, ale przecież musi liczyć się ze zdaniem swej partii, swych ministrów, opinii publicznej, przepisów prawa, i zastąpić go modelem władcy rządzącym tłumem, który można napuszczać to na jednych to na drugich.

Niemal każdy dzień to potwierdza. Wprawdzie zdążyliśmy się przyzwyczaić, że polityczni liderzy pozbywają się swych współpracowników, ale przecież nikt nie czyni tego tak jak prezes PiS. Kulturalni ludzie, gdy się rozstają, starają się mówić o sobie powściągliwie, w przypadku Kaczyńskiego mamy pełny magiel. Dorn, Marcinkiewicz, Sikorski, Kaczmarek, Marek Jurek, Migalski - jakżeż cienka jest linia oddzielająca patriotę od osoby bez zasad, niemądrej, właściwie szpiega. Ostatnim "wyczynem" prezesa były słowa na temat Joanny Kluzik-Rostkowskiej. W noc wyborczą całował ją po rękach i dziękował, a teraz wykopuje ją za drzwi, i mówi, że głupia i że wszystko zepsuła.

Współpracownicy, cały aparat partii, państwa, jest dla Kaczyńskiego czymś miernym, co się nie szanuje, i można traktować jak gromadę parobków.

Jak to wytłumaczyć? Potrzebą dominacji? Miłością własną? Frustracją? Emocjami?

Tak czy inaczej, jeżeli Jarosław Kaczyński mówi o jakiejś zmianie, to przecież nie tej rzeczywistej, dotyczącej milionów obywateli, ale o zmianie dotyczącej jego samego. Jego miejsca w państwie. A jak je widzi?

Kaczyński swego czasu to powiedział, że zazdrości Chińczykom, bo tam jak władza mówi, że autostrada ma być, to autostrada jest. I tak dalej. Więc mam podejrzenie, że usatysfakcjonowałaby go w pełni dopiero taka sytuacja (opisuje ją dr Li Zhisui, osobisty lekarz Mao Zedonga w książce "Prywatne życie Przewodniczącego Mao"):

"Dla większości Chińczyków samo uchwycenie spojrzenia Mao, niewzruszenie stojącego na szczycie Tiananmen było pożądaną sposobnością, najbardziej podnoszącym na duchu, ekscytującym radosnym przeżyciem, jakie potrafili sobie wyobrazić. Maleńki krąg uprzywilejowanych, którzy dostąpili zaszczytu uścisku jego dłoni przez całe tygodnie obywał się bez mycia, podczas gdy krewni i znajomi przybywali, często z daleka by móc dotknąć dłoni, którą dotknęła ręka Mao, a przez to doświadczyć nieuchwytnego dla ludzkiego umysłu i poznania, traktowanego niemal w sposób mistyczny przeżycia. W czasie rewolucji kulturalnej, nawet owoce mango podarowane przez Przewodniczącego robotnikom stały się przedmiotami kultu, wyniesionymi na ołtarze. Łyk wody, w której gotowano kawałek mango pito jak magiczny eliksir".

Dowiedz się więcej na temat: awans społeczny | Polsko! | Donald Tusk

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje