Marzec 1968. Porównania nasuwają się same

​Nie uciekniemy od Marca 1968, zwłaszcza teraz, bo mamy i okrągłą, 50. rocznicę tamtych wydarzeń, i całe obecne szaleństwo, związane z ustawą o IPN i eksplozją antysemickich komentarzy. Więc porównania nasuwają się same. I nie są to dobre porównania dla obecnej władzy.

Owszem, ma ona pomysł na ucieczkę, mówił o tym premier Morawiecki - że w roku 1968 Polski nie było, więc antysemicką aferę zorganizowała komunistyczna władza. To nie my!

Reklama

Ale to dziecinne wykręty. Po pierwsze, Polska w roku 1968 istniała, była uznawana przez wszystkie kraje świata, sam Morawiecki urodził się we Wrocławiu a nie w Breslau. Po drugie, owszem, tamta władza użyła antysemickiej karty, to ona tę kampanię rozpoczęła. Ale później ktoś ją kontynuował. I nie były to zielone ludziki. Po trzecie, są setki opowieści wypędzonych z Polski. Nie da się ich wszystkich wrzucić do jednego worka z napisem - opowieści ludzi zgorzkniałych. 

Musimy więc sami rok 1968 przerobić, bo inaczej inni zrobią to za nas.

Co ciekawe, Marzec 1968 wybuchł właściwie z niczego, zaskoczył wszystkich, także tych, którzy przy wywołaniu jakiejś niewielkiej ruchawki majstrowali. Czyli Moczara i jego MSW.

Początek Marca to zdjęcie "Dziadów". Co śmieszne, nikt ich nie wstawiał do repertuaru z powodów opozycyjnych, one były grane na rocznicę, okrągłą, pięćdziesiątą, wybuchu Rewolucji Październikowej. No i poszło...

Zaczęło się od tego, że publiczność zaczęła oklaskiwać co niektóre sceny. Choćby takie kwestie: "Nie dziw, że nas tu przeklinają, /Wszak to już mija wiek, /Jak z Moskwy w Polskę nasyłają/ Samych łajdaków stek". Albo takie "Ruble rosyjskie, widzę, bardzo niebezpieczne". I tak dalej. Kojarzyło się samo.

Te wszystkie oklaski starannie notowała bezpieka, i przekazywała do I sekretarza. W ten sposób wydarzenie kanapowe urosło do rangi państwowej. O to zresztą bezpiece chodziło, żeby rozdmuchać sprawę, żeby uderzyć w towarzyszy odpowiedzialnych w KC za kulturę i edukację. Że do takich rzeczy dopuszczają. To była jej intryga.

W końcu postanowiono "Dziady" zdjąć. Ostatni spektakl przerodził się więc w wiec, który kontynuowano przed pomnikiem Mickiewicza, skandując "niepodległość bez cenzury!", hasło wymyślone przez Karola Modzelewskiego.

W następnych dniach mieliśmy relegowanie studentów z Uniwersytetu, Adama Michnika i Henryka Szlajfera. Za co? Ano za to, że opowiedzieli o studenckiej demonstracji francuskiemu dziennikarzowi. Donieśli na Polskę! Skąd to znamy? W ich obronie 8 marca, na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego, odbył się wiec, który brutalnie rozpędziły milicja i ORMO.  

Potem władza siłowała się ze studentami - oni wiecowali i strajkowali, władza odpowiadała im antysemicką i antyinteligencką nagonką. W końcu protesty zostały spacyfikowane, setki studentów relegowano z uczelni, zwalniano kadrę, rozwiązywano wydziały.

A zwieńczeniem Marca były partyjne zebrania, na których potępiano wichrzycieli i "syjonistów", i tropiono ich we własnych szeregach.

To zapisuje Marzec 1968 w polskiej  historii - gra władzy, by wbić klina między studentów a fabryki. Więc bunt przedstawiony zostaje jako bunt dzieci żydowskiego pochodzenia, w obronie rodziców, którzy tracą stanowiska w aparacie władzy. Nie w obronie wolności wypowiedzi, kultury, autonomii uniwersytetów, tej wąskiej linijki praw, którymi można było w tamtych czasach się cieszyć. Ówczesna prasa dobiera studentów z odpowiednimi nazwiskami, epatuje czytelników ich brzmieniem, woła o bananowej młodzieży itd. Obrzydza ich społeczeństwu. "Studenci do nauki, literaci do piór" - krzyczą transparenty podczas wieców w fabrykach.

Ten propagandowy szynel w historii Polski zagra jeszcze niejeden raz. Także w czasach najnowszych - kiedy usłyszymy, że na manifestacje KOD-u chodzą panie w futrach. Że na wiece KOD-u chodzą ci, co stracili stanowiska.  Że po jednej stronie jest władza, reprezentująca lud, prawdziwych Polaków itd., a po drugiej polityczni bankruci, którzy chcieliby powrócić do koryta.

Mamy więc kluczowe elementy Marca. Zdjęcie z afisza "Dziadów", narodowego arcydzieła, bo "ludzie klaszczą". Pałowanie studentów. Kampanię propagandową, przedstawiającą demonstrujących jako bananową młodzież, dzieci byłych dygnitarzy, pochodzenia żydowskiego. Obcych.  

I jest jeszcze jeden element - Dworzec Gdański.

Po Marcu przez Polskę przetoczyła się fala czystek - w administracji, wojsku, milicji, urzędach centralnych, szkołach wyższych, instytutach naukowych, wszędzie tam zaczęto tropić "syjonistów", ten "gorszy sort",  i zmuszać ich do wyjazdu z Polski. Gomułka do tego polowania zaprosił - dzieląc obywateli polskich pochodzenia żydowskiego na trzy kategorie. Nacjonalistów, kosmopolitów i tych porządnych, pracujących dla socjalizmu. Dwie pierwsze kategorie zapraszając na Dworzec Gdański, żeby wyjechały z Polski.

W ten sposób wyrzucono z kraju bez mała 20 tys. ludzi. Bo uznano, że są pochodzenia żydowskiego, bo zajmowały wysokie stanowiska, bo nie pasowały. Te osoby musiały zrzec się obywatelstwa, zwolnić się z pracy, oddać mieszkania, i otrzymywały bilet w jedną stronę. W ten sposób Polska trafiła do kategorii krajów parszywych, i to na długie lata.

Droga na Dworzec Gdański to nie jest tylko rozgrywka wewnątrz PZPR, intryga działaczy średniego szczebla, który znaleźli wreszcie pretekst, by pozbyć się zasłużonych towarzyszy. Żeby zająć ich gabinety.

To także dzieło tych, którzy na zebraniach kiwali głowami, potakiwali, a czasami oklaskiwali donosicieli, oskarżycieli, szmalcowników...  Którzy klepali propagandowe kalki - proszę, ratowaliśmy ich w czasie wojny, a oni teraz tacy niewdzięczni.

Marcowa propaganda, marcowe gadanie, weszły do kanonu, stały się częścią naszej historii. Skamieliną, w sam raz do ustawienia w Kozłówce, jako świadectwo podłości epoki minionej.

No i proszę, ta skamielina ożyła, rozprostowała kości, i wskoczyła do gazet, do telewizji, i rześko nas poucza.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje