Morawiecki - nowy polityczny antytalent

Mateusz Morawiecki jest z wykształcenia historykiem. Tymczasem zachowuje się jak człowiek, który historię pojmuje na zasadzie opowieści zasłyszanych u cioci na imieninach. Nie wiem, kto mu dał dyplom, ale jako absolwent chwały swemu promotorowi nie przynosi. Co się odezwie, to wpadka.

OK., za wpadkę numer jeden, czyli za słynną ustawę o IPN nie odpowiada. Tę ustawę pilotował znany intelektualista wiceminister Jaki. Ale wszystko co dalej - to on. Dziwne to bardzo.   

Reklama

Zwłaszcza że wyglądało na to, że PiS najzupełniej szczerze chce konflikt zakończyć, i że za chwilę ustawa zdechnie na naszych oczach. Ona była już na prawicy krytykowana, przez Jana Olszewskiego, Sławomira Cenckiewicza, no i Zofię Romaszewską ("Ustawa zostanie prawdopodobnie zmieniona. Tak sądzę, przecież ona jest idiotyczna"). Prezydent Duda wprawdzie ją podpisał, ale szybko skierował do Trybunału, żeby Przyłębska z Muszyńskim wymyślili, jak ją wyczyścić z krytykowanych zapisów. Problem, i tego w PiS-ie nie ukrywano, był tylko jeden - jak znaleźć sposób, żeby jej się pozbyć, nie tracąc twarzy. Każdy przytomny to widział. 

No to, zdaje się, że Mateusz Morawiecki do tych przytomnych się nie zalicza. Zamiast uciekać od tematu, który ewidentnie go przerasta, wyciszać sprawę, zaczął wdawać się w różne dywagacje. Tak oto rodzi nam się nowy polityczny antytalent. 

Popis polski premier dał w weekend. Najpierw niemądrą odpowiedzią na pytanie dziennikarza "New York Times". Dziennikarz zapytał go co z ustawą o IPN, i czy będzie można mówić o polskich szmalcownikach, tych, którzy wydawali ukrywających się Żydów, i czy wtedy to nie będzie karane? 

Na co Morawiecki odpowiedział tak: "Oczywiście nie będzie to karane, jeżeli ktoś powie, że byli polscy sprawcy, tak jak byli żydowscy sprawcy, tak jak byli rosyjscy sprawcy, ukraińscy sprawcy, nie tylko niemieccy".  

Co wywołało furię w Izraelu. Bo w jednym szeregu umieścił "sprawców" niemieckich, polskich i żydowskich. Nie odróżniając katów od ofiar. "Polski rząd neguje Holokaust, a nawet obwinia za niego Żydów" - tak te słowa oceniono.  

Oburzony poczuł się izraelski premier Benjamin Netanjahu, który stwierdził: "To jest problem niezrozumienia historii i braku wrażliwości na tragedię naszego narodu. Zamierzam z nim wkrótce porozmawiać". A prezydent Izraela dodał, że Morawieckiego trzeba wyedukować. Czyli potraktowano go jak niedouczonego sztubaka. 

Cholera, źle mi z tym, gdy premiera mojego państwa, nieważne z jakiej opcji, tak traktują! Ale fala popłynęła, późniejsze sprostowanie, w którym tłumaczono się ze słów premiera i kajano, raczej jej nie zatrzymała. Zwłaszcza, że odezwała się Beata Mazurek, że premier powiedział prawdę i nie ma za co przepraszać. 

Ech, PiS, a przynajmniej wiodąca część tej partii, jako kanon przyjęła endecką wersję dziejów najnowszych, że jako naród jesteśmy ofiarami wszystkich, anielsko niewinnymi. 

W tej wersji, jak mówi minister edukacji Anna Zaleska - "nie wiadomo, jak było w Jedwabnem", nie wiadomo, jak zginęli w roku 1941 żydowscy mieszkańcy miasteczek Podlasia i północnego Mazowsza. Nie wiadomo też, jak zajmowano żydowskie domki, jak je szabrowano. W tej wersji opowiada się o tragedii rodziny Ulmów, i tylko półgębkiem się wspomina, że wydał ich Polak. W tej wersji chyli się czoło przed Ireną Sendlerową. Choć już się nie wspomina, że była na liście proskrypcyjnej NSZ, jako komunistka, i cudem uniknęła kolejnego aresztowania. W tej wersji bagatelizowana jest liczba szmalcowników, choć były ich tysiące, pomija się donosicieli i antysemitów. W czerwcu 1941 Delegatura Rządu na Kraj otrzymała raport, w którym czytamy, że "urzędy niemieckie (jak na przykład Gestapo) zawalone są donosami składanymi przez samych Polaków o ich współrodakach". To nie są miłe sprawy, kto o nich wspomina, natychmiast jest oskarżany o szarganie pamięci narodu, ale przed nimi się nie ucieknie. I metafizycznie, i politycznie. 

Metafizycznie, bo trzeba rozrywać blizny, żeby - jak mówił Żeromski - nie zarosły błoną podłości. Politycznie - bo zawsze nam to będzie wypominane, i żadne ustawy Jakiego nas przed tym nie obronią. Przekonał się zresztą o tym Mateusz Morawiecki w Monachium.  

Czy to zrozumiał? Jeszcze nie. Bo niedługo potem wykonał gest, który upewnił wszystkich tych, którzy nazywają Polaków narodem antysemitów i ksenofobów, że mają rację. Udał się na cmentarz, złożyć kwiaty na grobowcach Brygady Świętokrzyskiej. Niby uprzedzając 1 marca, dzień żołnierzy wyklętych.  

Brygada Świętokrzyska! To nie było wojsko polskie, bo polskim wojskiem była Armia Krajowa, to była partyjna bojówka. Która nie uznawała zwierzchności rządu w Londynie i kolaborowała z Niemcami. Gdyż jej głównym wrogiem byli komuniści i Żydzi. 

Dowódca okręgu AK Radom działalność Brygady w meldunku z 2 stycznia 1945 roku charakteryzował tak: "Wyraźna współpraca z Niemcami i plaga społeczeństwa na skutek stosowania rekwizycji. 22 listopada w czasie przemarszu NSZ przez miejscowość Oleszno Niemcy ściągnęli posterunki. Notowane są kontakty z Gestapo".  

W styczniu 1945 roku, gdy jeszcze dymiło krematorium nr 5 w Auschwitz, gdy dogorywały zgliszcza Warszawy, w obliczu zbliżającego się frontu, brygada ruszyła na zachód. W jej sztabie był agent gestapo Hubert Jura, ps. "Tom", skazany przez AK na śmierć. Do Brygady dołączyło też dwóch oficerów łącznikowych SS w tym Haupsturmführer SS Paul Fuchs, szef Gestapo dystryktu Radom.  

W tym marszu Niemcy zapewniali brygadzie aprowizację, leczenie, przepuszczali przez posterunki. Gdy przeniosła się do Czech, jej żołnierze byli przez Niemców szkoleni, jako dywersanci, a potem przerzucani byli za linię frontu. 

Jaki to sygnał? Dla Polski i dla świata? Jeżeli Polska Ludowa to spadkobiercy Armii Ludowej, III RP to Armia Krajowa i rząd w Londynie, to obecna IV RP to potomkowie Brygady Świętokrzyskiej. Owszem, nie było ich wielu, ta cała brygada to około 1000 żołnierzy, o niewielkiej wartości bojowej. W regularnych bojach u boku Wehrmachtu też na szczęście nie brali udziału, może dlatego że skończyła się wojna... Ale zapach kolaboracji jest.  

Więc po cóż ich fetować? Bo walczyli z komunistami? Mordowali AL-owców? To wystarczy? Człowiek tylko się pyta - dlaczego akurat takie siły Morawiecki wybrał sobie za patronów? 

Mateusz Morawiecki miał być otwarciem PiS na Europę, i na polityczne centrum. Takie były oczekiwania, także części prawicowych publicystów. W zamian usłyszeli o potrzebie rechrystianizacji Europy, o tym, że historycy w ostatnich 25 latach nie pisali o historii Polski, on sam zaś jak o niej mówi, to jakby był kronikarzem Brygady Świętokrzyskiej. Zaś o Holokauście, to co się odezwie, szybko trzeba prostować. Ściągając na Polskę najgorsze oskarżenia i pomówienia. 

W ten oto sposób, premier zamiast rozbrajać miny, na którą wpuścili rząd inicjatorzy ustawy o IPN, wyprodukował kolejne bomby, elegancko podłożył je sobie pod fotel, i eksplodował. Obryzgując przy tym nas wszystkich.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje