Operacja osłabiania Macierewicza

​Listy, które wymieniają między sobą prezydent Andrzej Duda i minister Antoni Macierewicz, są dowodem nie tylko na mizerną pozycję w aparacie władzy Andrzeja Dudy. Są też sygnałem, że pozycja Macierewicza słabnie i to w szybkim tempie.

Ale zacznijmy od Dudy.

Reklama

Jest prezydentem i zwierzchnikiem sił zbrojnych. Konstytucja i polityczny zwyczaj dały mu do rąk potężne instrumenty, by kontrolować wszystko to, co w armii się dzieje. To on podpisuje nominacje generalskie, to on może zwoływać posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Narodowego i wzywać na dywanik ministra obrony i generałów.

Jego poprzednicy w sprawy armii byli mocno zaangażowani i tego nie ukrywali. Lech Wałęsa (fakt, że w czasach starej konstytucji) de facto rządził armią. Aleksander Kwaśniewski również miał w jej sprawach decydujący głos. "Umarł król, niech żyje król" - recytował przed nim gen. Wilecki. A takie sprawy, jak utrzymanie WSI czy kontrakt na F-16, nigdy nie zostałyby dopięte, gdyby nie wola Pałacu Prezydenckiego. Lech Kaczyński również pilnował spraw wojskowych, a jeżeli ktoś w to wątpi, to przypominam historię gen. Błasika, jak ważne było dla niego prezydenckie poparcie. Bronisław Komorowski to z kolei były minister obrony, więc ułożył sobie armię, jak chciał.

I w te buty wszedł Andrzej Duda. I nic. Całkowicie oddał sprawy armii w ręce ministra obrony. Dopiero ostatnia wymiana listów, w których prezydent napisał, że czuje się zaniepokojony sprawą nieobsadzonych stanowisk w ataszatach wojskowych, coś w tej sprawie zmieniła. Ale czy rzeczywiście - w tej sprawie?

Czy rzeczywiście chodzi o to, ile do powiedzenia w sprawach armii będzie miał prezydent, czy o coś innego?

Przecież już na pierwszy rzut oka widać, że sprawa, którą prezydent poruszył, jest z przysłowiowej czapy. W ostatnich miesiącach w polskim wojsku ma miejsce wymiana najwyższych dowódców, oni wszyscy po kolei podają się dymisji, ewidentnie osłabia to armię, a prezydent pyta o ataszaty... Po drugie, zdumienie budzi forma zapytania. Prezydent w sprawie armii może wiele. Nie musi pisać do ministra obrony, może go wezwać przed swoje oblicze i odpytać jak ucznia. Może też zwołać Radę Bezpieczeństwa Narodowego i tam wyrazić swoje niezadowolenie. To on jest prezydentem, nie musi ministrowi się kłaniać. Nie musi wdawać się w wymianę korespondencji. A tymczasem sam się degraduje. Ta wymiana listów jest więc smutnym świadectwem słabości politycznej Andrzeja Dudy.

Ale - zejdźmy na ziemię. Czy ktoś sądził, że jest on silną postacią?

Może więc na tę wymianę korespondencji spojrzeć powinniśmy z innej perspektywy?

Jest oczywistą oczywistością, że w istniejącym systemie władzy Antoni Macierewicz jest postacią o wiele ważniejszą i bardziej wpływową niż Andrzej Duda. Tak to jest w polityce, że nie zawsze sprawowana funkcja decyduje o politycznej sile. Jeśli ktoś nie wierzy - przypominam czasy II RP i pozycję Józefa Piłsudskiego. A z czasów najnowszych - spójrzmy na Rosję. Władimir Putin raz był prezydentem, innym razem premierem, a nikt przecież nie wątpił, że to on, w tej czy innej postaci, niepodzielnie sprawował władzę...

Jeżeli więc uznamy, że w obozie władzy to Macierewicz jest ważniejszy od Dudy, to list prezydenta wygląda już zupełnie inaczej. Zwłaszcza, że napisany został po półtora roku prezydenckiego milczenia. Można spokojnie założyć, że Andrzej Duda napisał go albo zachęcony do tego przez kogoś jeszcze ważniejszego (wiadomo kogo), albo też mając tej osoby akceptację. Tak, że wysyłając list, przekazując go mediom, czuł się absolutnie bezpieczny i politycznie kryty.

W tym więc przypadku list pełnił rolę sygnału dla środowiska PiS - że można publicznie wyrażać niezadowolenie z działań Antoniego Macierewicza. Jest więc ostrzeżeniem wobec szefa MON, a także testem - i jego samego i partii. Jak się zachowają?

Jeśli chodzi o partię, prezes otrzymał wspaniałe badanie, lepsze od wszelkich sondaży. Bo mógł się przyjrzeć jak czołowi działacze na ten list zareagowali i czyją stronę w tym sporze wzięli. I kto jak bardzo jest w partii popularny.

A testowanie Macierewicza?

On twardo odpowiedział prezydentowi, można rzec - brutalnie. Że ma siłę, że kontroluje wojsko, a pytania prezydenta są dyletanckie. W sumie - zachowanie szefa MON nie dziwi, w takiej sytuacji musiał pokazać, że jest mocny i gotów do politycznego zwarcia. Z prezydentem.

Bo do Jarosława Kaczyńskiego wysłał inny przekaz - ogłaszając, że Donald Tusk popełnił "zdradę dyplomatyczną", że działał na szkodę państwa i naraził na szwank interes obywateli, w tym rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej", no i kierując w tej sprawie przeciwko niemu doniesienie do prokuratury.

Innymi słowy - uciekł do przodu, pokazał się jako główny oskarżyciel Tuska i główny tropiciel przyczyn katastrofy smoleńskiej. Tym razem prezentując jej nową wersję - że piloci próbowali wyrwać samolot z pułapki. Szaleństwo? Nic z tych rzeczy! Zachowanie szefa MON jest racjonalne, gdy uwaga skupia się na nim, jako na głównym oskarżycielu Tuska i osobie wyciągającej wciąż nowe tropy w sprawie smoleńskiej katastrofy - jest nietykalny.

Bo któż go ruszy, gdy za chwilę (w PiS-ie w takie rzeczy wierzą...) rozszyfruje wielką tajemnicę i ujawni wielką zdradę?

Dlatego ruszyć go nie można, można go podszczypywać, przywracać do porządku, ale delikatnie. Dlatego list był od prezydenta (wystarczająco ważna postać, by nie mógł być zignorowany), a jednocześnie dotyczył spraw drugorzędnych, żeby nie rozpętywać wojny.  Żeby można było się wycofać, zapomnieć.

Choć aparat nie zapomina.

I o tym wie Jarosław Kaczyński. Więc krok po kroku, testując pole gry, wykorzystując Dudę jako sapera, zaczął operację osłabiania Macierewicza.

Dla tych, co mają żyłkę sowietologa, co lubią zajrzeć pod dywan, pod którym walczą buldogi, zaczyna się wspaniałe przedstawienie. 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje