Panowanie

​Co z nami będzie? To dziś dyżurne pytanie nie tylko warszawskich lemingów, ale praktycznie wszystkich tych, którzy interesują się życiem publicznym, a nie są sympatykami prawicy i PiS-u. Więc spróbujmy na nie odpowiedzieć, choć ta odpowiedź chyba nie będzie dla nich przyjemna.

Słowa i czyny PiS-u pokazują przecież w którym kierunku to wszystko będzie szło.

Reklama

Zacznijmy od czynów. Pierwsze decyzje nowej władzy, to ułaskawienie Mariusza Kamińskiego i jego trzech pomocników, zmiany w regulaminie Sejmu, tak, że szefem komisji ds. służb specjalnych został przedstawiciel PiS, i wyrzucono przy okazji z niej przedstawiciela PSL, no i przegłosowana w ekspresowym tempie ustawa o Trybunale Konstytucyjnym.

Bach, trach!

Mariusz Kamiński, nadzorca służb specjalnych, był skazany nieprawomocnie za nadużycie władzy w roku 2007, podczas operacji przeciwko Andrzejowi Lepperowi. Na Zachodzie taka sytuacja to wyrok politycznej śmierci, ale w PiS-ie to nobilitacja. Więc PiS nie czekał na wynik apelacji, tylko prezydent (popełniając delikt konstytucyjny?) dał Kamińskiemu i jego pomocnikom  immunitet bezkarności.

Do tej pory przewodnictwo w sejmowej komisji ds. służb specjalnych było rotacyjne, więc co jakiś czas kierować mógł nią przedstawiciel opozycji. W jakimś tam stopniu pozwalało to kontrolować działanie służb. Teraz tej kontroli nie ma, posłowie dowiedzą się tyle, ile powie im Kamiński.

No i Trybunał Konstytucyjny - do tej pory kluczowe narzędzie, gwarantujące, że nie uchwalą nam ustaw z kosmosu, sprzecznych z ustawą zasadniczą. To teraz już tej gwarancji nie będzie, władza będzie miała takie prawa jakie będzie chciała. PiS jedną ustawą złamał władzę sądowniczą. Tę, na którą tak narzekał w latach 2005-2007, gdy rządził.

Więc mamy - prezydenta składającego hołdy Jarosławowi Kaczyńskiemu,  premiera też składającego podobne hołdy, większość sejmową wiadomo jaką, no i spacyfikowane sądy. Rzecz charakterystyczna - prezes PiS zdążył już w sejmie powiedzieć, że sądzą one  niesprawiedliwie, że zwykli ludzie są przed obliczem Temidy źle traktowani. Więc jak to chce zmienić? Tego nie mówi wprost, ale domyślić się łatwo - podporządkowując je władzy, albo partii rządzącej... Partyjny urzędnik rozsądzi lepiej.

Teraz ma przyjść kolej na media publiczne, co prezes zapowiedział, a jego podwładni powtórzyli. Żeby były takie jak chce Kaczyński.

Mamy więc prostą sytuację, znaną milionom Polaków, że rząd rządzi, partia kieruje, telewizja i gazety chwalą i wyjaśniają, a nad wszystkim czuwa I sekretarz.

Na naszych oczach ci, którzy mieli w sercu Polskę Ludową, mają swój czas radości. I rewanżu. Na zepsutej warszawce, na bananowej młodzieży, na badylarzach i prywaciarzach (znajdą się biznesmeni, do których nowa władza się dobierze), na złych elitach, i złych Niemcach. I tak dalej.

Zmienią się detale (któż zresztą przywiązywał do nich w tamtych czasach wagę?) - przyjaźń polsko-radziecką zastąpi polsko-amerykańska, dawne ulice Lenina i Armii Czerwonej, zastąpione zostaną ulicami Lecha Kaczyńskiego i Józefa Piłsudskiego (jak nam się wytłumaczy, to byli politycy równego rozmiaru), zamiast polskiej drogi do socjalizmu będziemy kroczyć "polską drogą". I tak dalej...

Nie zmieni się oficjalny szacunek do władzy, do żołnierzy, którzy strzegą granic, i do policji, tej jawnej i tajnej, strzegącej porządku. Co uświetni seria patriotycznych komiksów, w których kapitana Żbika zastąpi kapitan Tomek. No i odżyje hasło epoki Gierka - "Oby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej".    

Dlaczego tak sądzę?

Bo zapowiedział to Jarosław Kaczyński w swoim sejmowym expose (to Beaty Szydło było techniczne, niewarte uwagi), mówiąc: "Dzisiaj przed Polską stają dwa główne wyzwania. Wyzwanie pierwsze to jest odnowa i konsolidacja wspólnoty narodowej. Wyzwanie drugie to jest skok cywilizacyjny, którego musimy dokonać, żeby gonić tych, którzy są ciągle przed nami".

Jeśli chodzi o gonienie, to Polska zajmuje się tym co najmniej od 70 lat, cel jest wciąż ten sam, co najwyżej zmieniają się metody. Więc odłóżmy to chwilowo na bok. Ważniejsza jest owa "konsolidacja wspólnoty narodowej". Bo cóż to znaczy?

Jarosław Kaczyński o tym wprost nie mówi, ale przecież daje o tym znać - jest zafascynowany Pierre’m Bourdieu, socjologiem jak najbardziej lewicowym, jego koncepcją władzy symbolicznej, i taką też będzie, jak zapowiada, budował. Sam to zresztą wspominał w jednym z wywiadów, kiedy był jeszcze premierem - "cóż z tego że rządzimy, skoro nie panujemy".

Panowanie symboliczne będzie polegało na tym, że wszyscy uwierzymy, że PiS-izm jest jedyną drogą, którą mamy zmierzać, że nie ma nic innego. I wtłaczać to będą nam do głów - szkoła, wychowująca patriotycznie i z wielką dawką historii, media, teatr, kino, Kościół, pomniki na ulicach, ton debat publicznych (nieprawomyślnych nie będzie)...

"To jest kraj, który trzeba nawrócić" - zdaje się mówić, patrząc na nas, i łamiąc wszelkie ograniczenia (prezydent Duda, w razie czego, ma długopis...).

Ale jak historia mówi, różnie z tym nawracaniem bywało. Czasami marnie, bo PRL nie przemieniła Polaków w homo sovieticus, a czasami z wielkim sukcesem (tych przypadków nie wspomnę). Więc rusza koło historii...  

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy