Państwo pozbywa się odpowiedzialności za leczenie

Jakiś czas temu w środowisku dziennikarzy opowiadano anegdotę o przypadkach pewnej dziennikarki specjalizującej się w sprawach ochrony zdrowia. Specjalizacja jak specjalizacja - przedstawiała biedę szpitali i kolejki do specjalistów. Potem przeszła do liberalnego (wówczas) tygodnika "Wprost" i wtedy dowodziła, że państwowe szpitale są do niczego, a panaceum na wszystko jest prywatna służba zdrowia. Ona wszystko załatwi. Potem rzuciło ją do arcykatolickiego tygodnika "Ozon" (wtedy Palikota). I tam sugerowano jej, żeby pisała o wpływie modlitwy na stan zdrowia chorego.

O sile modlitwy nie chcę się wypowiadać, choć nie sądzę, by była to najskuteczniejsza metoda leczenia. Ciekawsza jest dla mnie dyskusja o modelu służby zdrowia - spór między prywatnym a publicznym. Ten spór mówi nam też wiele o sile różnych lobbies, o tym, jak działają politycy , no i o tym, jak można kształtować poglądy społeczeństwa, wmawiać ludziom, że białe jest czarne lub na odwrót...

Reklama

Punkt wyjścia do tych wszystkich dyskusji jest prosty - obecny system ochrony zdrowia jest fatalny. Pogotowie albo przyjeżdża, albo nie przyjeżdża,  w kolejce do specjalisty trzeba czekać miesiącami, po numerek do lekarza pierwszego kontaktu staje się o świcie, szpitale odmawiają  przyjmowania chorych i tak dalej. Tak jest, z większym lub mniejszym nasileniem, od lat - więc aż prosi się pytanie, dlaczegóż nikt tego nie naprawia?

Ha! Otóż naprawiają! I to jak!

W polskiej przestrzeni publicznej dominuje przeświadczenie, że prywatne jest lepsze od państwowego, że państwa jest za dużo, i tym podobne prawdy. Jeżeli w takie rzeczy się wierzy, to działa się tak, żeby się spełniły. Więc "duch dziejów" w Polsce zmierza w kierunku komercjalizacji szpitali, w kierunku dzielenia pacjentów na lepszych i gorszych, w zależności do tego, jaką płacić będą stawkę ubezpieczenia.

Ba! Słyszę głosy, że warto byłoby rozbić NFZ i zastąpić go konkurującymi ze sobą towarzystwami ubezpieczeniowymi. Innymi słowy: by wprowadzić w Polsce system amerykański. W tym kierunku, choć z oporami,  polski system jest "naprawiany".

To fatalnie. Amerykański system ochrony zdrowia jest najdroższy na świecie (Amerykanie przeznaczają na niego 16 proc. PKB, Polacy 6,5 proc. PKB - w liczbach bezwzględnych to jest przepaść), niesprawiedliwy (ponad 40 mln obywateli USA znajduje się poza systemem) i wyjątkowo nieefektywny. Śmiertelność noworodków jest tam większa niż w Polsce, nie mówiąc o krajach zachodniej Europy (w których dominuje publiczna służba zdrowia).

Ale ten drogi i kiepski system ma swoją logikę. Koszty administracyjne towarzystw ubezpieczeniowych w USA sięgają 25-30 proc. (w Niemczech 5-7 proc.). A film Michaela Moore’a pokazał, do czego potrzebna jest tak rozbudowana biurokracja. Ano do tego, jak naganiać do systemu nowych klientów, i do szukania haków, żeby tylko nie zapłacić.

Dzięki temu branża ochrony zdrowia należy w USA do tych dających najwyższe zyski. To jest świetny biznes. Dla biznesu, oczywiście, nie dla obywateli, zwłaszcza tych o niskich dochodach. I takie coś wpychane jest do Polski. Krok po kroku, paluszek po paluszku. Trzydzieści parę milionów pacjentów to piękne stado do strzyżenia...

No dobrze, powie ktoś, idź w takim razie kolego do państwowego szpitala, popatrz na te ściany z odłażącą lamperią, na te obiady serwowane chorym, i na leżących po korytarzach, bo w salach brakuje miejsc...Albo przypomnij sobie o Centrum Zdrowia Dziecka, które odsyłało pacjentów od drzwi.

Ja, oczywiście, o tym wszystkim pamiętam, tylko nie wierzę, że sprywatyzowanie służby zdrowia spowoduje, że szpitale staną się śliczne i dla wszystkich. Dziś już przecież na obrzeżach państwowej służby zdrowia funkcjonują prywatne szpitale - ograniczają się one do prostych zabiegów, cięższe przypadki odsyłając do państwówki.

W biznesowym planie oznacza to, że prywatne placówki podejmują się procedur prostych i dobrze płatnych,  "oddając" szpitalom państwowym przypadki skomplikowane, na których się nie zarabia, albo wręcz - do których się dopłaca. De facto, to jest model pasożytowania na państwowej służbie zdrowia.

Po drugie, nie przyjmuję opinii, że publiczne musi być źle zarządzane. Bo przykładów na to, że publiczne funkcjonuje tak, jak trzeba, jest wiele. Są miasta dobrze zarządzane, są dobrze funkcjonujące szkoły i również - placówki zdrowia.

Po trzecie, powrót państwa w obszar ochrony zdrowia to zadanie szersze, bo dotyczy odpowiedzialności państwa za stan zdrowia społeczeństwa. I myślę tu nie tylko o przysłowiowych pielęgniarkach szkolnych, ale i o planowaniu liczby lekarzy.

Tak, tak, nasze państwo w roku 1991, za rządów Jana Krzysztofa Bieleckiego, doszło do wniosku, że liczba lekarzy wpływa na koszty ochrony zdrowia, więc - w imię oszczędności - postanowiło tę liczbę ograniczyć. Jak? Wprowadzając limity, zmniejszając liczbę studentów medycyny. Mamy ich dziś mniej niż za Gierka. I jesteśmy na szarym końcu w Unii Europejskiej jeśli chodzi o liczbę lekarzy i pielęgniarek na 10 tys. obywateli. Więc co się dziwić, że się cenią? Że rozmowy o zatrudnieniu zaczynają od 80 zł za godzinę?

Gdy powiedział mi to Marek Balicki, jeden z niewielu, który na służbie zdrowia się zna, to szczęka opadła mi do podłogi. Bo pokazał szaleństwo. Najpierw, w roku 1991, liberałowie ograniczyli liczbę lekarzy, czyli sztucznie ograniczyli podaż, zachowali się jak średniowieczni mistrzowie cechów. Potem premier Buzek wprowadził "wielką reformę" służby zdrowia. A teraz - krok po kroku - państwo pozbywa się odpowiedzialności za leczenie, chce to oddawać samorządom, spółkom, komu się da... I wmawia nam, że to dobrze.

Nie wiem, kto za tym stoi, czy cwane lobbies prywatnych firm, czy też to efekt naiwności polityków albo nieudolności Arłukowicza. A może to wpływ doktrynerów "wolnego" rynku?

Nie wiem. Wiem za to, że te ich pomysły niczego dobrego nie przyniosą, i że trzeba się im przeciwstawiać.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje