Polska stała się błaznem Europy

​Gdyby to nie dotyczyło mojego kraju, to bym się śmiał. Polska, z własnej woli (czy też woli rządzącej większości) stała się błaznem Europy. Ustawa, która miała zatrzymać stosowanie zwrotu "polskie obozy śmierci" oraz bronić dobrego imienia kraju, spowodowała reakcję dokładnie przeciwną. Na świecie, jeśli mówi się o naszym kraju, to najczęściej w kontekście odpowiedzialności za Holokaust (której Polska chce uniknąć). Mówi się o polskim antysemityzmie, tym minionym i współczesnym. A zwrot "polskie obozy śmierci" odmieniany jest jakby specjalnie na złość.

Warszawa jest bezradna. Premier Morawiecki próbuje grzmieć, że na świecie rozlewa się "antypolonizm", ale nikt go nie słucha. Zresztą, nie za bardzo wiadomo, jak Warszawa zamierza w tej sytuacji postępować, mamy tu bowiem zupełny chaos.

Reklama

Przykład z weekendu - oto w świat poszła informacja, że rząd ustawy o IPN nie będzie stosował. Do czasu uzgodnienia jej nowego kształtu z... Izraelem.

Przepraszam, w jaki sposób rząd może wybierać sobie ustawy, które będzie stosował i które nie? Jeżeli w świecie artykułowane były obawy co do stanu praworządności w Polsce - to właśnie dzięki takim deklaracjom mamy tych obaw uzasadnienie. A dlaczego chce je negocjować z innym państwem? Czy ktoś tu myśli?

Polska polityka wpadła w wir, który ją wciąga, i nie za bardzo wiadomo, jak to wszystko się skończy. Więc aż prosi się o pytanie - dlaczego tak się dzieje? Co się stało?

Oceniam, że to splot kilku okoliczności.

Po pierwsze, braku profesjonalizmu. Po drugie, to efekt walki o władzę wewnątrz obozu rządzącego. Po trzecie, to konsekwencja stopniowego kolonizowania PiS przez narodowców, i to tych gorszego sortu, nawiązujących do lat 30. ubiegłego wieku.

Zacznijmy od braku profesjonalizmu. To widać gołym okiem - obecna władza działa tak, jakby nie potrafiła przewidywać skutków swoich poczynań. I nie myślę tu o ministrze Jakim, bo on pewnie do dziś nie za bardzo wie, co sprokurował. Myślę o liderach, o Jarosławie Kaczyńskim, który sam się przyznał, że reakcja Izraela na ustawę o IPN go zaskoczyła. No dobrze, ale to było trzy tygodnie temu. A co potem? Umieranie z godnością?

Jak to trwanie na przegranej pozycji tłumaczyć? Charakterem Kaczyńskiego? Że on tylko, jak prosty bulterier, potrafi atakować? Że nie myśli, co dalej? Owszem, jest to jakieś tłumaczenie. Ale może jest inna sytuacja - że on nie ma za bardzo pola manewru? Że nie może sobie pozwolić na szybkie poprawienie tej nieszczęsnej ustawy?

Bo jak wsłuchamy się w głosy wychodzące z wewnątrz partii rządzącej, to usłyszymy różne rzeczy. I ewidentnie widać, że swoje chce tu ugrać Morawiecki, swoje Ziobro, swoje Rydzyk. Jest też Antoni Macierewicz, który czeka. Atmosfera w PiS-ie, eksplozja antysemickich emocji, te okrzyki, że nie oddamy nawet guzika, nie sprzyja refleksji. A jeszcze jest ona podgrzewana.  

Więc owszem, Kaczyński mógłby postąpić wbrew nastrojom dominującym w partii. Ale czy nie za dużo by wówczas zaryzykował? Czy nie jest on w butach Gomułki, który 50 lat temu dał pozwolenie na antysemicką hecę, myśląc, że ją utnie kiedy będzie chciał, a okazało się, że ta fala zabiera i jego? I słyszy: Wiesław, śmielej?

Dlatego pojawić się musi pytanie - dlaczego te nastroje są dziś takie a nie inne?

To wynik potężnej ewolucji PiS-u, jej liderów i działaczy. Kaczyńscy jeszcze kilkanaście lat temu  najchętniej przedstawiali się jako piłsudczycy, i odwoływali się do tradycji Marszałka. To przeszłość - dziś PiS mówi językiem obozu narodowego. I taka tam panuje wiara.

Przykładów na ten zwrot jest aż nadto.

To kwiaty na grobach żołnierzy Brygady Świętokrzyskiej, których piłsudczycy uważali za hitlerowskich kolaborantów.

To zgoda na marsz ONR-u w Hajnówce. To nic, że tych ONR-owców było co najwyżej dwustu. Ten marsz był ku czci Romualda Rajsa "Burego",  którego oddział wymordował 79 mieszkańców okolicznych wsi. Z pochodzenia Białorusinów. Dla piłsudczyków "Bury" byłby nie tylko dezerterem z AK do NZW. Czyli do partyjnej, ONR-owskiej bojówki. Dla Piłsudskiego i jego towarzyszy mordowanie Białorusinów, wbijanie klina między nich a Polaków było sprzeczne z racją stanu. Oni za to by go rozstrzelali. Zresztą, o czym warto pamiętać, sanacja zsyłała ONR-owców do Berezy Kartuskiej.

I jeszcze jedno - Piłsudski nienawidził endeków i nimi pogardzał. Co najmniej od czasów rewolucji 1905 roku. Od zamordowania prezydenta Narutowicza jego programem, realizowanym aż do śmierci było ich rozbicie. A jeśli ktoś w to nie wierzy, przypominam słowa Piłsudskiego o endecji z 1923 roku, gdy demonstracyjnie odchodził z wojska, podczas uroczystego pożegnania w Hotelu Bristol:  "Zapluty, potworny karzeł na krzywych nóżkach, wypluwający swą brudną duszę, opluwający mnie zewsząd, nieszczędzący mi niczego, co szczędzić trzeba (...). Ta szajka, ta banda, która czepiała się mojego honoru, tu zechciała szukać krwi. Prezydent nasz zamordowany został (...) przez tych samych ludzi. (...) Gdym sobie pomyślał, że ja tych panów jako żołnierz bronić będę - zawahałem się w swoim sumieniu. A gdym raz się zawahał, zdecydowałem, że żołnierzem być nie mogę. Podałem się do dymisji z wojska. To są moi panowie przyczyny i motywy, dla których służbę wojskową opuszczam".

Wracając więc do marszu ONR w Hajnówce - PiS, gdyby miał jeszcze w sobie coś z ducha sanacji, po prostu by go zabronił. A jeżeli tego nie czyni - to znaczy, że albo nie chce, albo nie ma na to siły.

A jeżeli nie ma się siły, to trudno prowadzić własną politykę.

A jeżeli do tego nie ma się rozumu, wiedzy, a partia się rozłazi i szuka nowych proroków, to paraliż murowany. Co właśnie obserwujemy.  

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy